Przeglądając serwis Bankier.pl znalazłem ciekawy wpis p. Krzysztofa Kolanego. Prostszego opisu tego co się dzieje w światowej gospodarce ja podać nie jestem w stanie. Zapraszam do czytania.
W praktyce zaś oznacza to tyle, że o benzynie po 4,50 to raczej możemy zapomnieć. Jeżeli zaś chodzi o oszczędności to radzę lokować je albo na giełdzie albo... o ile mamy taką możliwość to kupować ziemię rolną. Polecam tereny o dużej wietrzności - można wydzierżawić taki teren pod farmę wiatrową :)
czwartek, 21 kwietnia 2011
sobota, 12 lutego 2011
Życie...
Niedługo miną 3 lata...
(*)
\_/
Mówią, że czas leczy rany. Jednak to nie prawda - gdzieś tam w człowieku siedzi zadra bólu. Wiem facet nie powinien się do tego przyznawać... ale powiedzcie mi dlaczego to tak cholernie boli? Przecież nie znałem tej małej istotki...
Nie znałem Ciebie Synku,
Nie czułem Twoich rąk,
Nie zobaczyłem pierwszych kroczków,
Nie wyrżnął Ci się ząb,
Nie usłyszałem Twego płaczu,
Nie utuliłem Twoich łez,
Spotkamy się w lepszym Świecie
Gdziekolwiek on jest…
Dwadzieścia osiem tygodni marzeń,
Siedem miesięcy snów…
Dwieście dni szczęścia…
Jedna noc...
I znów ukarał nas Bóg…
Dlaczego Absolucie
Niszczysz nasze marzenia?!
Ciebie zwą dobrym Bogiem…
Więc czemu się tak zmieniasz?!
Karzesz za grzechy ojców?
Za nasze przewinienia?
Wciąż rzucasz piaskiem w oczy…
Wciąż chłoszczesz batem kar...
Już nie mam sił, już łez mi brak…
(*)
\_/
Mówią, że czas leczy rany. Jednak to nie prawda - gdzieś tam w człowieku siedzi zadra bólu. Wiem facet nie powinien się do tego przyznawać... ale powiedzcie mi dlaczego to tak cholernie boli? Przecież nie znałem tej małej istotki...
czwartek, 3 lutego 2011
Ciekawy artykuł...
Link do artykułu w serwisie Bankier.pl
Podpisuje się pod tym pomysłem wszystkimi kończynami i czym się tylko da... Tyle tylko, że w państwie różnego rodzaju "budżetowych" związków zawodowych to nierealne :/ Co ciekawe podobny system zaproponował Pawlak. Cóż drogi Panie wicepremierze - jeżeli PSL poprze ten projekt w całej jego prostocie to macie mój głos w najbliższych wyborach.
Podpisuje się pod tym pomysłem wszystkimi kończynami i czym się tylko da... Tyle tylko, że w państwie różnego rodzaju "budżetowych" związków zawodowych to nierealne :/ Co ciekawe podobny system zaproponował Pawlak. Cóż drogi Panie wicepremierze - jeżeli PSL poprze ten projekt w całej jego prostocie to macie mój głos w najbliższych wyborach.
wtorek, 25 stycznia 2011
Mądry Polak po... emeryturze.
Kilka kalkulatorów, które pokażą skąd wziąłem liczby w poniższym poście (zakładałem inflację roczną na poziomie 3% i o taką samą kwotę zwiększałem składkę miesięczną (jak kto woli indeksowałem) co roku):
Czy to się opłaca.pl
Od dłuższego już czasu w mediach toczy się debata nt. proponowanych przez rząd zmian w systemie emerytalnym. Osobiście jestem zwolennikiem pozostawienia obecnego układu bez zmian, a jeżeli chodzi o deficyt budżetowy uważam, że powinien on zostać zrównoważony przez likwidację ulg podatkowych i reformę KRUS. Cóż, przed wyborami na tak odważny krok nie ma szans.
Zastanawiacie się dlaczego taki tytuł?
Po ogłoszeniu pierwszych informacji dotyczących propozycji rządu poczułem się zdradzony. Od lat darzyłem PO dużym sentymentem. Nie prezentowała ona mojego ideału programowego ale oferowała zrównoważenie pomiędzy dość dużym liberalizmem gospodarczym a zacietrzewieniem religijnym wszelkiej maści. Reforma emerytalna z 1999 roku dawała szansę ówczesnym dwudziestolatkom na realne wpływanie na wartość własnej emerytury po przez proste powiązanie - im więcej zarobisz tym więcej odłożysz, a im więcej odłożysz tym więcej dostaniesz. Gwarantem tego miał być fakt łatwej kontroli środków odłożonych w OFE (nota bene instytucjach niezależnych o ministerstwa finansów i rządu). Innym ważnym efektem tejże reformy byłby realny spadek obciążenia budżetu w przeciągu 25-30 lat (moim dzieciom żyło by się łatwiej, tym bardziej, że jeżeli tatuś wcześniej opuści ten padół to miały dziedziczyć środki zgromadzone w OFE).
Chęci i plany były dobre ale jak zwykle w naszym kochanym kraju szlag je trafił. Najpierw ograniczono dziedziczenie środków zgromadzonych w OFE. Później stwierdzono, że wypłatą emerytur zajmie się - o zgrozo - ZUS na którego rachunek mają zostać przelane. Swoją drogą to już widzę zasady dziedziczenia i tony papierów, które trzeba będzie przedłożyć aby te pieniądze ze szponów ZUS wyszarpać. Obecny rząd łaskawie stwierdził, że OFE mają za słabe wyniki i lepiej zaopiekuje się pieniędzmi państwo. Tiaaa... Rozdając je obecnym emerytom i tak będzie "w koło Macieju", bo gdy ja przejdę na emeryturę okaże się, że dla mnie rząd też kasy nie ma i musi ją wziąć z emerytur moich dzieci i wnuków.
Rozumiem, że budżet się sypie ale do jasnej cholery pożyczając pieniądze od przyszłych emerytów rząd nadal wiąże sobie pętlę na szyję tyle tylko, że ją odrobinę poszerza wydłużając czas, w którym w końcu ona się zaciśnie. Nie tędy droga.
Osobiście jestem zwolennikiem terapii szokowej:
- likwidacja ulg podatkowych (biedni z nich nie korzystają, bo z czego mają odliczyć?),
- podniesienie podatku dochodowego o 3 pkt procentowe i ujednolicenie jego poziomu (bogaci dzięki ulgom i dobrym księgowym i tak płacą mniej niż 19%),
- obniżenie składek ZUS do poziomu 15% dochodów (10% składka emerytalna i 5% składka zdrowotna, ubezpieczenie rentowe jako dobrowolna składka w wysokości 2,5% dochodu),
- stopniowa prywatyzacja opieki medycznej (wierzcie lub nie ale sami lepiej zadbamy o jakość usług medycznych niż robi to obecnie państwo - przykładem jest praktyczna prywatyzacja usług stomatologicznych i w znacznej mierze opieki ginekologicznej),
- jednolity 17% podatek VAT (obecny system jest pełen wyjątków i nie do końca jasnych zapisów - ujednolicenie stawki podatku pozwoli na obniżenie kosztów księgowych w firmach),
- objęcie rolników takimi samymi zasadami podatkowo-ubezpieczeniowymi jak reszty społeczeństwa,
Dalsze kroki to prywatyzacja szkolnictwa wyższego i maksymalne ograniczenie biurokracji w zakresie prowadzenia działalności gospodarczej.
W efekcie takich zmian w przeciągu 5 lat jesteśmy w stanie zrównoważyć budżet, a kolejne 5 lat to stopniowe obniżanie obciążeń fiskalnych. Prywatyzacja służby zdrowia i szkolnictwa ma doprowadzić do tego aby zniknęła wreszcie budżetówka. Oczywiście w 100% nie da się jej zlikwidować ale można zdecydowanie ograniczyć doprowadzając do marginalizacji.
Osobiście twierdzę, że obywatel nieokradany i nie okłamywany przez państwo da sobie znacznie lepiej radę niż przypuszczają zwolennicy państwa socjalnego. Niskie koszty utrzymania państwa to więcej pieniędzy w kieszeniach jego obywateli. To z kolei prowadzi do wzrostu popytu, to zaś do wzrostu zatrudnienia, to do zmniejszenia bezrobocia, a to do wzrostu dochodów i... koło się zamyka.
Oczywiście globalne kryzysy będą miały wpływ na taką gospodarkę, jednak znów będę twierdził, że przeciętny Kowalski lepiej sobie z kryzysem poradzi niż przypuszczają rządzący. 99,9999% populacji ludzkiej posiada instynkt samozachowawczy, który nakazuje działania nadwyraz racjonalne:
- utrzymanie się przy życiu w maksymalnie wygodnych warunkach (dążenie do dobrobytu),
- przedłużanie istnienia gatunku (jeżeli tylko pozwolą na to warunki bytowe),
- zapewnienie potomstwu maksymalnie dogodnych warunków rozwoju,
- opieka nad własną rodziną (stadem jak kto woli),
Takie zachowania mamy zapisane w genach. Zakładając, że przeciętny człowiek rozpoczyna swoją karierę w wieku około 18 lat (wybór szkoły średniej, ewentualna praca dorywcza, wybór studiów) należy przyjąć, że po około 6-10 latach powinien osiągnąć statut w miarę wygodnych warunków do ewentualnego rozmnażania, następne 20 lat to okres zapewnienia potomstwu optymalnych warunków rozwoju. Opieka nad własną rodziną jest chyba czymś normalnym przez cały okres życia (w końcowym jego stadium zazwyczaj to osobnik będzie wymagał opieki).
Na powyższe zdania ktoś może się obrazić jednak postaram się udowodnić, że możliwe są one do realizacji w warunkach gospodarki wolnorynkowej.
Wiek 17 lat.
Wybór szkoły średniej - w wielu wypadkach dokonywany świadomie.
Pojawia się możliwość podjęcia pierwszej pracy (promocje, praca w weekendy w restauracjach, praca pomocnicza przy zbiorach owoców i warzyw, pisanie tekstów - uwierzcie, że to jest możliwe nawet w Polsce o ile rodzice uchylą trochę klosz ochronny - zasadniczo przyjmijmy wreszcie zasadę "PRACA NIE HAŃBI A USZLACHETNIA")
Wiek 19 lat.
Wybór studiów lub podjęcie pracy zarobkowej.
W pierwszym przypadku możliwość kontynuacji działań z poprzedniego okresu - tym razem liczy się także staż i zdobyte doświadczenie zawodowe (nie koniecznie musi być ono zgodne z kierunkiem studiów). Im dłuższe staże i więcej doświadczenia tym szansa na znalezienie dobrej pracy wzrasta.
W drugim przypadku pierwsze prace najczęściej są mało płatne jednak pozwalają na zdobycie doświadczenia i umiejętności pozwalających na wzrost zarobków. Istotny jest fakt, że opcja dalszej nauki nie jest zamknięta. Wierzcie lub nie ale w rzemiośle nadal można znaleźć pracę na zasadzie praktyk. Jeżeli 17-latek przyjdzie do mechanika samochodowego i zapyta się go o pracę w weekendy to oczywiście istnieje szansa, że kilku go wyśmieje ale któryś z kolei posłucha i zastanowi się. Forma mistrza rzemiosła i ucznia zdawała egzamin przez setki lat - może warto jednak przywrócić jej funkcjonowanie? Nie twierdzę, że 17-latek ma naprawiać samochody od razu jednak dwuletnie "pomaganie" czegoś go nauczy. Warto jednak pamiętać, że zarobki na praktykach to nie tysiące złotych... Tak przygotowany 19-latek ma już łatwiej.
Już w tym momencie warto myśleć o odkładaniu na przyszłość około 10% swoich zarobków. Jest to kwota w tym momencie niewielka jednak z każdym rokiem będzie rosła.
24 lata
Koniec studiów. Jeżeli student pracował jest szansa na to, że obecnie ma już jakąś praktykę, w połączeniu z wiedzą teoretyczną jest dość cennym młodym pracownikiem. Jeżeli nie pracował - zaczyna od niskiego pułapu zarobków, choć wiele zależy tutaj od kierunku studiów. Wysokość zarobków wykształconego pracownika powinna się kształtować na poziomie około 60-80% średniej krajowej.
Pracujący w przeciągu 5 lat zdobywa znaczne doświadczenie - jeżeli pracował w jednym zawodzie bez większych problemów powinien zarabiać około 80-90% średniej krajowej.
Sytuacja finansowa w obydwu przypadkach powinna pozwolić na w miarę spokojne patrzenie w przyszłość. Część osób bardziej zaradnych może pozwolić sobie na myśl o założeniu rodziny.
26-28 lat.
Sytuacja finansowa obydwu grup powinna być zbliżona (zarobki na poziomie średniej krajowej). Dochód rodziny to około 180% średniej krajowej. Zakładając rozsądne gospodarowanie środkami finansowymi stać ją na wynajęcie niewielkiego mieszkania. Dziecko może nie ma luksusów jednak jest dość dobrze zabezpieczone. W niewielkim stopniu pomaga rodzina (małe wsparcie finansowe, drobne zakupy dla najmłodszego członka rodziny, opieka nad dzieckiem).
Niemożliwe?
średnia krajowa to około 3200zł brutto. Jeżeli założymy, że rodzina posiada dochód na poziomie około 180% tej kwoty (6840zł brutto) to jej dochód netto powinien wynosić około 4500 - 4700 zł. Wynajęcie mieszkania to obecnie wydatek około 1800 - 2000zł (ewentualny koszt raty to średnio 2000zł za takie samo mieszkanie jednak do tego należy doliczyć czynsz około 450 - 500zł). Pozostaje kwota około 2500 - 2700zł. Jeżeli założymy utrzymanie poziomu oszczędzania na emeryturę to na wydatki pozostaje około 2000 - 2300 zł. Z taką kwotą utrzymanie dwuosobowej rodziny z jednym dzieckiem na przyzwoitym poziomie nie jest czymś niesamowicie trudnym. Owszem dojdą dodatkowe obciążenia ubezpieczeniowe. Warto w tym momencie pomyśleć o odkładaniu na studia dziecka (wystarczy około 2,5% dochodów miesięcznie - przez 15 lat uzbiera się kwota pozwalająca myśleć o znacznym zabezpieczeniu kosztów nauki na płatnych studiach). Nie bez znaczenia jest wspomniana wcześniej pomoc rodziny, zakładam, że będzie ona wynosić około 100 - 200 zł lub więcej m-cznie.
30 - 34 lata
Pojawia się myśl o następnym potomku. W tym czasie wzrasta dochód rodziny do około 2 średnich krajowych. Sytuacja finansowa nadal nie jest zła. Znaczna część rzeczy może być wykorzystana po starszym dziecku. Podobnie jak w pierwszym przypadku warto pomyśleć o zabezpieczeniu środków na naukę na studiach.
32-36 lat
Pierwsza pociecha idzie do szkoły. Dochody ustabilizowały się lub niewiele wzrosły.
Sytuacja finansowa nadal nie należy do idealnych choć na kontach odłożone powinno już być około 250 tysięcy złotych to zabezpieczenie pozwala na zdecydowany optymizm.
W gruncie rzeczy rodzinę stać na nie za drogie wakacje lub weekendowe wypady za miasto. Dochody są średnie ale zabezpieczenie na kontach pozwala nie wpadać w panikę. Gdy za dwa lata kolejna pociecha pójdzie do szkoły nadal nie będzie tragedii. Niektóre rodziny zdecydują się na trochę większe mieszkanie i być może pojawi się trzeci potomek.
36 - 40 lat
Dochody rodziny powinny kształtować się na poziomie 205 - 210% średniej krajowej.
Na kontach odłożono już około 400 tysięcy. Część odsetek znacząco może wspomagać domowy budżet.
45 - 47 lat
Do emerytury co raz bliżej, pierwsze dziecko wybiera się na studia. Wyprawka założona przy narodzinach pozwala na wybranie dowolnego kierunku - a może prestiżowe studia zagranicą?
Na kontach emerytalnych jest już około 600 tysięcy złotych.
Dochód rodziny kształtuje się na poziomie około 210 - 220% średniej krajowej.
Może niewielki dom po za miastem? Warto się zastanowić.
51 - 55 lat
Ostatnia latorośl udaje się na studia. Być może pojawią się wnuki :) Przezorni dziadkowie pomagają rodzicom ale też zakładają konto dla wnuczka (zawsze mu będzie łatwiej).
Dochód rodziny raczej ma tendencję do utrzymywania się na poziomie około 200% - 210% średniej krajowej (pracujący na etacie powoli przegrywają walkę z młodszym pokoleniem). Właściciele własnych firm przeżywają rozkwit interesu. Więcej myśli w głowach i czasu zajmują wnuki. W końcu rozpieszczanie najmłodszych to przywilej dziadków.
Na kontach emerytalnych zgromadzono około MILIONA złotych.
60 - 65 lat
Czas na emeryturę - tą swoją, bo to co dostaniemy od państwa w porównaniu do tego co mamy odłożone wygląda jak ochłap - na koncie leży w końcu 2,5 MILIONA złotych (ich wartość nabywcza równa się około 700 tysiącom). Jest to kwota, która przy oprocentowaniu lokaty na poziomie 5% pozwala spokojnie żyć z odsetek.
To co przedstawiłem powyżej to nie bajka - to realia zakładające świadome podchodzenie do własnych finansów. Unikajmy kredytów (mądry jestem po szkodzie ale... już się tego nauczyłem). Odkładajmy niewielkie kwoty (ja założyłem 10% dochodów i zwrot na poziomie 9% w skali roku - tyle mniej więcej przynoszą fundusze obligacji i papierów skarbowych, jeżeli zainwestować około 30% w rynek akcji to będziemy na starość kwotą co najmniej o 50% większą niż przedstawiona przeze mnie).
Oczywiście ktoś powie, że nie może znaleźć pracy, jeszcze inny, że zarobki przedstawione przeze mnie są pobożnym życzeniem, bo w Suwałkach to Panie...
Drodzy Czytelnicy!
Odpowiedź jest tylko jedna: Weź los we własne ręce, bo na państwo nie masz co liczyć.
Nie możesz znaleźć pracy w Suwałkach? Spróbuj w innym miejscu Polski. Wynajem mieszkania to porównywalny koszt do jego zakupu na raty, a ma tą zaletę, że mogę mieszkać w całej Polsce (tam gdzie jest dla mnie praca). Że to nie moje? No i co z tego. Jeżeli dzisiaj nie mam własnego M nie oznacza, to w cale, że nie kupię sobie własnego domku za miastem jak będę miał lat 50.
Zasada jest prosta im wcześniej zaczniesz odkładać tym szybciej zapewnisz sobie jaką taką swobodę materialną. W powyższym przykładzie widać, że 20 latek, który zacznie odkładać po 10% swoich zarobków w wieku 60 lat może przejść na emeryturę, której kwota będzie odpowiadać średniej krajowej. Jeżeli to samo będzie chciał zrobić 30 latek musiał by odkładać aż 25% swoich dochodów. Niestety jest to już kwota, którą ciężko zaoszczędzić. Co nie oznacza, że nie powinien odkładać. Bo mieć a nie mieć 300 tysięcy złotych to dość znacząca różnica...
Czy to się opłaca.pl
Od dłuższego już czasu w mediach toczy się debata nt. proponowanych przez rząd zmian w systemie emerytalnym. Osobiście jestem zwolennikiem pozostawienia obecnego układu bez zmian, a jeżeli chodzi o deficyt budżetowy uważam, że powinien on zostać zrównoważony przez likwidację ulg podatkowych i reformę KRUS. Cóż, przed wyborami na tak odważny krok nie ma szans.
Zastanawiacie się dlaczego taki tytuł?
Po ogłoszeniu pierwszych informacji dotyczących propozycji rządu poczułem się zdradzony. Od lat darzyłem PO dużym sentymentem. Nie prezentowała ona mojego ideału programowego ale oferowała zrównoważenie pomiędzy dość dużym liberalizmem gospodarczym a zacietrzewieniem religijnym wszelkiej maści. Reforma emerytalna z 1999 roku dawała szansę ówczesnym dwudziestolatkom na realne wpływanie na wartość własnej emerytury po przez proste powiązanie - im więcej zarobisz tym więcej odłożysz, a im więcej odłożysz tym więcej dostaniesz. Gwarantem tego miał być fakt łatwej kontroli środków odłożonych w OFE (nota bene instytucjach niezależnych o ministerstwa finansów i rządu). Innym ważnym efektem tejże reformy byłby realny spadek obciążenia budżetu w przeciągu 25-30 lat (moim dzieciom żyło by się łatwiej, tym bardziej, że jeżeli tatuś wcześniej opuści ten padół to miały dziedziczyć środki zgromadzone w OFE).
Chęci i plany były dobre ale jak zwykle w naszym kochanym kraju szlag je trafił. Najpierw ograniczono dziedziczenie środków zgromadzonych w OFE. Później stwierdzono, że wypłatą emerytur zajmie się - o zgrozo - ZUS na którego rachunek mają zostać przelane. Swoją drogą to już widzę zasady dziedziczenia i tony papierów, które trzeba będzie przedłożyć aby te pieniądze ze szponów ZUS wyszarpać. Obecny rząd łaskawie stwierdził, że OFE mają za słabe wyniki i lepiej zaopiekuje się pieniędzmi państwo. Tiaaa... Rozdając je obecnym emerytom i tak będzie "w koło Macieju", bo gdy ja przejdę na emeryturę okaże się, że dla mnie rząd też kasy nie ma i musi ją wziąć z emerytur moich dzieci i wnuków.
Rozumiem, że budżet się sypie ale do jasnej cholery pożyczając pieniądze od przyszłych emerytów rząd nadal wiąże sobie pętlę na szyję tyle tylko, że ją odrobinę poszerza wydłużając czas, w którym w końcu ona się zaciśnie. Nie tędy droga.
Osobiście jestem zwolennikiem terapii szokowej:
- likwidacja ulg podatkowych (biedni z nich nie korzystają, bo z czego mają odliczyć?),
- podniesienie podatku dochodowego o 3 pkt procentowe i ujednolicenie jego poziomu (bogaci dzięki ulgom i dobrym księgowym i tak płacą mniej niż 19%),
- obniżenie składek ZUS do poziomu 15% dochodów (10% składka emerytalna i 5% składka zdrowotna, ubezpieczenie rentowe jako dobrowolna składka w wysokości 2,5% dochodu),
- stopniowa prywatyzacja opieki medycznej (wierzcie lub nie ale sami lepiej zadbamy o jakość usług medycznych niż robi to obecnie państwo - przykładem jest praktyczna prywatyzacja usług stomatologicznych i w znacznej mierze opieki ginekologicznej),
- jednolity 17% podatek VAT (obecny system jest pełen wyjątków i nie do końca jasnych zapisów - ujednolicenie stawki podatku pozwoli na obniżenie kosztów księgowych w firmach),
- objęcie rolników takimi samymi zasadami podatkowo-ubezpieczeniowymi jak reszty społeczeństwa,
Dalsze kroki to prywatyzacja szkolnictwa wyższego i maksymalne ograniczenie biurokracji w zakresie prowadzenia działalności gospodarczej.
W efekcie takich zmian w przeciągu 5 lat jesteśmy w stanie zrównoważyć budżet, a kolejne 5 lat to stopniowe obniżanie obciążeń fiskalnych. Prywatyzacja służby zdrowia i szkolnictwa ma doprowadzić do tego aby zniknęła wreszcie budżetówka. Oczywiście w 100% nie da się jej zlikwidować ale można zdecydowanie ograniczyć doprowadzając do marginalizacji.
Osobiście twierdzę, że obywatel nieokradany i nie okłamywany przez państwo da sobie znacznie lepiej radę niż przypuszczają zwolennicy państwa socjalnego. Niskie koszty utrzymania państwa to więcej pieniędzy w kieszeniach jego obywateli. To z kolei prowadzi do wzrostu popytu, to zaś do wzrostu zatrudnienia, to do zmniejszenia bezrobocia, a to do wzrostu dochodów i... koło się zamyka.
Oczywiście globalne kryzysy będą miały wpływ na taką gospodarkę, jednak znów będę twierdził, że przeciętny Kowalski lepiej sobie z kryzysem poradzi niż przypuszczają rządzący. 99,9999% populacji ludzkiej posiada instynkt samozachowawczy, który nakazuje działania nadwyraz racjonalne:
- utrzymanie się przy życiu w maksymalnie wygodnych warunkach (dążenie do dobrobytu),
- przedłużanie istnienia gatunku (jeżeli tylko pozwolą na to warunki bytowe),
- zapewnienie potomstwu maksymalnie dogodnych warunków rozwoju,
- opieka nad własną rodziną (stadem jak kto woli),
Takie zachowania mamy zapisane w genach. Zakładając, że przeciętny człowiek rozpoczyna swoją karierę w wieku około 18 lat (wybór szkoły średniej, ewentualna praca dorywcza, wybór studiów) należy przyjąć, że po około 6-10 latach powinien osiągnąć statut w miarę wygodnych warunków do ewentualnego rozmnażania, następne 20 lat to okres zapewnienia potomstwu optymalnych warunków rozwoju. Opieka nad własną rodziną jest chyba czymś normalnym przez cały okres życia (w końcowym jego stadium zazwyczaj to osobnik będzie wymagał opieki).
Na powyższe zdania ktoś może się obrazić jednak postaram się udowodnić, że możliwe są one do realizacji w warunkach gospodarki wolnorynkowej.
Wiek 17 lat.
Wybór szkoły średniej - w wielu wypadkach dokonywany świadomie.
Pojawia się możliwość podjęcia pierwszej pracy (promocje, praca w weekendy w restauracjach, praca pomocnicza przy zbiorach owoców i warzyw, pisanie tekstów - uwierzcie, że to jest możliwe nawet w Polsce o ile rodzice uchylą trochę klosz ochronny - zasadniczo przyjmijmy wreszcie zasadę "PRACA NIE HAŃBI A USZLACHETNIA")
Wiek 19 lat.
Wybór studiów lub podjęcie pracy zarobkowej.
W pierwszym przypadku możliwość kontynuacji działań z poprzedniego okresu - tym razem liczy się także staż i zdobyte doświadczenie zawodowe (nie koniecznie musi być ono zgodne z kierunkiem studiów). Im dłuższe staże i więcej doświadczenia tym szansa na znalezienie dobrej pracy wzrasta.
W drugim przypadku pierwsze prace najczęściej są mało płatne jednak pozwalają na zdobycie doświadczenia i umiejętności pozwalających na wzrost zarobków. Istotny jest fakt, że opcja dalszej nauki nie jest zamknięta. Wierzcie lub nie ale w rzemiośle nadal można znaleźć pracę na zasadzie praktyk. Jeżeli 17-latek przyjdzie do mechanika samochodowego i zapyta się go o pracę w weekendy to oczywiście istnieje szansa, że kilku go wyśmieje ale któryś z kolei posłucha i zastanowi się. Forma mistrza rzemiosła i ucznia zdawała egzamin przez setki lat - może warto jednak przywrócić jej funkcjonowanie? Nie twierdzę, że 17-latek ma naprawiać samochody od razu jednak dwuletnie "pomaganie" czegoś go nauczy. Warto jednak pamiętać, że zarobki na praktykach to nie tysiące złotych... Tak przygotowany 19-latek ma już łatwiej.
Już w tym momencie warto myśleć o odkładaniu na przyszłość około 10% swoich zarobków. Jest to kwota w tym momencie niewielka jednak z każdym rokiem będzie rosła.
24 lata
Koniec studiów. Jeżeli student pracował jest szansa na to, że obecnie ma już jakąś praktykę, w połączeniu z wiedzą teoretyczną jest dość cennym młodym pracownikiem. Jeżeli nie pracował - zaczyna od niskiego pułapu zarobków, choć wiele zależy tutaj od kierunku studiów. Wysokość zarobków wykształconego pracownika powinna się kształtować na poziomie około 60-80% średniej krajowej.
Pracujący w przeciągu 5 lat zdobywa znaczne doświadczenie - jeżeli pracował w jednym zawodzie bez większych problemów powinien zarabiać około 80-90% średniej krajowej.
Sytuacja finansowa w obydwu przypadkach powinna pozwolić na w miarę spokojne patrzenie w przyszłość. Część osób bardziej zaradnych może pozwolić sobie na myśl o założeniu rodziny.
26-28 lat.
Sytuacja finansowa obydwu grup powinna być zbliżona (zarobki na poziomie średniej krajowej). Dochód rodziny to około 180% średniej krajowej. Zakładając rozsądne gospodarowanie środkami finansowymi stać ją na wynajęcie niewielkiego mieszkania. Dziecko może nie ma luksusów jednak jest dość dobrze zabezpieczone. W niewielkim stopniu pomaga rodzina (małe wsparcie finansowe, drobne zakupy dla najmłodszego członka rodziny, opieka nad dzieckiem).
Niemożliwe?
średnia krajowa to około 3200zł brutto. Jeżeli założymy, że rodzina posiada dochód na poziomie około 180% tej kwoty (6840zł brutto) to jej dochód netto powinien wynosić około 4500 - 4700 zł. Wynajęcie mieszkania to obecnie wydatek około 1800 - 2000zł (ewentualny koszt raty to średnio 2000zł za takie samo mieszkanie jednak do tego należy doliczyć czynsz około 450 - 500zł). Pozostaje kwota około 2500 - 2700zł. Jeżeli założymy utrzymanie poziomu oszczędzania na emeryturę to na wydatki pozostaje około 2000 - 2300 zł. Z taką kwotą utrzymanie dwuosobowej rodziny z jednym dzieckiem na przyzwoitym poziomie nie jest czymś niesamowicie trudnym. Owszem dojdą dodatkowe obciążenia ubezpieczeniowe. Warto w tym momencie pomyśleć o odkładaniu na studia dziecka (wystarczy około 2,5% dochodów miesięcznie - przez 15 lat uzbiera się kwota pozwalająca myśleć o znacznym zabezpieczeniu kosztów nauki na płatnych studiach). Nie bez znaczenia jest wspomniana wcześniej pomoc rodziny, zakładam, że będzie ona wynosić około 100 - 200 zł lub więcej m-cznie.
30 - 34 lata
Pojawia się myśl o następnym potomku. W tym czasie wzrasta dochód rodziny do około 2 średnich krajowych. Sytuacja finansowa nadal nie jest zła. Znaczna część rzeczy może być wykorzystana po starszym dziecku. Podobnie jak w pierwszym przypadku warto pomyśleć o zabezpieczeniu środków na naukę na studiach.
32-36 lat
Pierwsza pociecha idzie do szkoły. Dochody ustabilizowały się lub niewiele wzrosły.
Sytuacja finansowa nadal nie należy do idealnych choć na kontach odłożone powinno już być około 250 tysięcy złotych to zabezpieczenie pozwala na zdecydowany optymizm.
W gruncie rzeczy rodzinę stać na nie za drogie wakacje lub weekendowe wypady za miasto. Dochody są średnie ale zabezpieczenie na kontach pozwala nie wpadać w panikę. Gdy za dwa lata kolejna pociecha pójdzie do szkoły nadal nie będzie tragedii. Niektóre rodziny zdecydują się na trochę większe mieszkanie i być może pojawi się trzeci potomek.
36 - 40 lat
Dochody rodziny powinny kształtować się na poziomie 205 - 210% średniej krajowej.
Na kontach odłożono już około 400 tysięcy. Część odsetek znacząco może wspomagać domowy budżet.
45 - 47 lat
Do emerytury co raz bliżej, pierwsze dziecko wybiera się na studia. Wyprawka założona przy narodzinach pozwala na wybranie dowolnego kierunku - a może prestiżowe studia zagranicą?
Na kontach emerytalnych jest już około 600 tysięcy złotych.
Dochód rodziny kształtuje się na poziomie około 210 - 220% średniej krajowej.
Może niewielki dom po za miastem? Warto się zastanowić.
51 - 55 lat
Ostatnia latorośl udaje się na studia. Być może pojawią się wnuki :) Przezorni dziadkowie pomagają rodzicom ale też zakładają konto dla wnuczka (zawsze mu będzie łatwiej).
Dochód rodziny raczej ma tendencję do utrzymywania się na poziomie około 200% - 210% średniej krajowej (pracujący na etacie powoli przegrywają walkę z młodszym pokoleniem). Właściciele własnych firm przeżywają rozkwit interesu. Więcej myśli w głowach i czasu zajmują wnuki. W końcu rozpieszczanie najmłodszych to przywilej dziadków.
Na kontach emerytalnych zgromadzono około MILIONA złotych.
60 - 65 lat
Czas na emeryturę - tą swoją, bo to co dostaniemy od państwa w porównaniu do tego co mamy odłożone wygląda jak ochłap - na koncie leży w końcu 2,5 MILIONA złotych (ich wartość nabywcza równa się około 700 tysiącom). Jest to kwota, która przy oprocentowaniu lokaty na poziomie 5% pozwala spokojnie żyć z odsetek.
To co przedstawiłem powyżej to nie bajka - to realia zakładające świadome podchodzenie do własnych finansów. Unikajmy kredytów (mądry jestem po szkodzie ale... już się tego nauczyłem). Odkładajmy niewielkie kwoty (ja założyłem 10% dochodów i zwrot na poziomie 9% w skali roku - tyle mniej więcej przynoszą fundusze obligacji i papierów skarbowych, jeżeli zainwestować około 30% w rynek akcji to będziemy na starość kwotą co najmniej o 50% większą niż przedstawiona przeze mnie).
Oczywiście ktoś powie, że nie może znaleźć pracy, jeszcze inny, że zarobki przedstawione przeze mnie są pobożnym życzeniem, bo w Suwałkach to Panie...
Drodzy Czytelnicy!
Odpowiedź jest tylko jedna: Weź los we własne ręce, bo na państwo nie masz co liczyć.
Nie możesz znaleźć pracy w Suwałkach? Spróbuj w innym miejscu Polski. Wynajem mieszkania to porównywalny koszt do jego zakupu na raty, a ma tą zaletę, że mogę mieszkać w całej Polsce (tam gdzie jest dla mnie praca). Że to nie moje? No i co z tego. Jeżeli dzisiaj nie mam własnego M nie oznacza, to w cale, że nie kupię sobie własnego domku za miastem jak będę miał lat 50.
Zasada jest prosta im wcześniej zaczniesz odkładać tym szybciej zapewnisz sobie jaką taką swobodę materialną. W powyższym przykładzie widać, że 20 latek, który zacznie odkładać po 10% swoich zarobków w wieku 60 lat może przejść na emeryturę, której kwota będzie odpowiadać średniej krajowej. Jeżeli to samo będzie chciał zrobić 30 latek musiał by odkładać aż 25% swoich dochodów. Niestety jest to już kwota, którą ciężko zaoszczędzić. Co nie oznacza, że nie powinien odkładać. Bo mieć a nie mieć 300 tysięcy złotych to dość znacząca różnica...
środa, 6 października 2010
Aparat dla dziecka - 2010
Od ostatniego postu o tematyce związanej z aparatami minął szmat czasu. Obserwując jednak statystyki bloga zauważyłem, że poprzedni post cieszył się dużą popularnością. Skoro istnieje zapotrzebowanie na taką wiedzę to... postaram się odświeżyć temat.
Moim zdaniem kryteria wyboru się niewiele zmieniły, wyjątek stanowi zasilanie. Obecnie dość trudno dostać przyzwoity aparat zasilany ogniwami LR-06 (AA). W efekcie należy wybrać aparat z stosunkowo tanimi zamiennikami akumulatorów dedykowanych. Ich koszt w sklepach internetowych może wahać się w zakresie od 50 do 100zł. Przed zakupem aparatu warto upewnić się co do ceny tego typu akcesoriów.
Mijające miesiące przyniosły jeszcze jedną, istotną zmianę - z rynku zniknęły karty xD, a karty typu Sony MemoryStickDuo są w wyraźnym "odwrocie". Królującym obecnie typem kart są nośniki SDHC.
Biorąc te zmiany pod uwagę otrzymujemy następujący zestaw cech aparatu:
- prosty w obsłudze,
- warto przemyśleć zakup wersji aparatu w kolorowej obudowie,
- powinien posiadać łatwy dostęp do złącz i slotów,
- system autofocus-a powinien działać intuicyjnie (bez konieczności przyciskania spustu migawki do połowy),
- cena nie powinna przekraczać około 500 zł.
- karta pamięci typu SDHC
- akumulator dedykowany
Poniżej moje typy:
1) Kodak EasyShare M550
2) Samsung PL100
3) Olympus FE-4040
4) Canon Digital IXUS 95IS
Wszystkie powyższe aparaty spełniają przedstawione powyżej warunki. Dodatkowym plusem każdego z nich jest system inteligentnego wyboru sceny. W przeciwieństwie do starszych modeli w obecnie produkowanych kompaktach funkcja ta działa znakomicie. Dzięki niej aparat ustawiony w ten tryb nie tylko automatycznie dobierze parametry ujęcia ale również przeanalizuje fotografowaną scenę dobierając odpowiedni tryb tematyczny. Dzięki temu rozwiązaniu najmłodsi będą mogli skupić się na fotografowaniu - aparat zajmie się resztą.
Na szczególną uwagę zasługuje tutaj oferta Canona. Aparat posiada metalową obudowę i... wizjer optyczny. O przydatności tego dodatku przekonają się wszyscy fotografujący w ostrym słońcu, gdy na wyświetlaczu LCD nie widać za wiele. Dużym plusem tego modelu jest również bardzo szybki autofocus.
Kolejnym modelem który prezentuje się bardzo ciekawie jest... Kodak EasyShare M550. Polski dystrybutor zdecydował się na obniżenie cen średniej klasy kompaktów i bardzo szybko zaowocowało to dużym zainteresowaniem wśród klientów. W trybie automatycznym aparat wręcz zaskakuje intuicyjnością i szybkością. Wrażenie robi także jakość uzyskiwanych zdjęć. Moim zdaniem jedna z najbardziej udanych konstrukcji w tym segmencie cenowym. Do pełni szczęścia brakuje tylko kręcenia filmów w wysokiej rozdzielczości - jednak przy tej cenie nie można zbyt wiele wymagać.
Samsung PL100 to propozycja dla osób lubiących nowinki - ciekawostką w tym modelu jest drugi wyświetlacz LCD, który zdecydowanie ułatwia wykonywanie autoportretów :). Jednak w stosunku do konkurencyjnych odstaje parametrami obiektywu oraz jakością zdjęć w słabych warunkach oświetleniowych. Tutaj bardziej mógłby konkurować model PL150 ale... ten jest droższy. Jeżeli jednak najmłodsi lubią gadżety to warto zainteresować się tymi modelami.
Olympus FE-4040 to aparat pośredni. Jakością zdjęć w plenerze decydowanie wygrywa z konkurencją (znakomite odwzorowanie kolorów). Wrażenie robi także szerokokątny obiektyw. Gorzej aparat wypada w słabych warunkach świetlnych. Tu może co najwyżej wygrać z produktem Samsunga.
Osobiście stawiam na Kodaka. Wiem, że ta firma w Polsce nie cieszy się zbytnią popularnością (kiepski serwis i słaba jakość wykonania najtańszej serii C uzasadniają taką opinię). Mnie przekonuje jednak intuicyjność i jakość uzyskiwanych zdjęć. Dodatkowo osoby lubiące portale społecznościowe bardzo szybko docenią ułatwienia oferowane przez oprogramowanie dołączane do tego aparatu. Dla zwolenników linuksa nie bez znaczenia będzie prawidłowe rozpoznawanie modelu przez ich ulubiony system.
Tym razem zdecydowanie krócej ale mam nadzieję, że równie treściwie.
Moim zdaniem kryteria wyboru się niewiele zmieniły, wyjątek stanowi zasilanie. Obecnie dość trudno dostać przyzwoity aparat zasilany ogniwami LR-06 (AA). W efekcie należy wybrać aparat z stosunkowo tanimi zamiennikami akumulatorów dedykowanych. Ich koszt w sklepach internetowych może wahać się w zakresie od 50 do 100zł. Przed zakupem aparatu warto upewnić się co do ceny tego typu akcesoriów.
Mijające miesiące przyniosły jeszcze jedną, istotną zmianę - z rynku zniknęły karty xD, a karty typu Sony MemoryStickDuo są w wyraźnym "odwrocie". Królującym obecnie typem kart są nośniki SDHC.
Biorąc te zmiany pod uwagę otrzymujemy następujący zestaw cech aparatu:
- prosty w obsłudze,
- warto przemyśleć zakup wersji aparatu w kolorowej obudowie,
- powinien posiadać łatwy dostęp do złącz i slotów,
- system autofocus-a powinien działać intuicyjnie (bez konieczności przyciskania spustu migawki do połowy),
- cena nie powinna przekraczać około 500 zł.
- karta pamięci typu SDHC
- akumulator dedykowany
Poniżej moje typy:
1) Kodak EasyShare M550
2) Samsung PL100
3) Olympus FE-4040
4) Canon Digital IXUS 95IS
Wszystkie powyższe aparaty spełniają przedstawione powyżej warunki. Dodatkowym plusem każdego z nich jest system inteligentnego wyboru sceny. W przeciwieństwie do starszych modeli w obecnie produkowanych kompaktach funkcja ta działa znakomicie. Dzięki niej aparat ustawiony w ten tryb nie tylko automatycznie dobierze parametry ujęcia ale również przeanalizuje fotografowaną scenę dobierając odpowiedni tryb tematyczny. Dzięki temu rozwiązaniu najmłodsi będą mogli skupić się na fotografowaniu - aparat zajmie się resztą.
Na szczególną uwagę zasługuje tutaj oferta Canona. Aparat posiada metalową obudowę i... wizjer optyczny. O przydatności tego dodatku przekonają się wszyscy fotografujący w ostrym słońcu, gdy na wyświetlaczu LCD nie widać za wiele. Dużym plusem tego modelu jest również bardzo szybki autofocus.
Kolejnym modelem który prezentuje się bardzo ciekawie jest... Kodak EasyShare M550. Polski dystrybutor zdecydował się na obniżenie cen średniej klasy kompaktów i bardzo szybko zaowocowało to dużym zainteresowaniem wśród klientów. W trybie automatycznym aparat wręcz zaskakuje intuicyjnością i szybkością. Wrażenie robi także jakość uzyskiwanych zdjęć. Moim zdaniem jedna z najbardziej udanych konstrukcji w tym segmencie cenowym. Do pełni szczęścia brakuje tylko kręcenia filmów w wysokiej rozdzielczości - jednak przy tej cenie nie można zbyt wiele wymagać.
Samsung PL100 to propozycja dla osób lubiących nowinki - ciekawostką w tym modelu jest drugi wyświetlacz LCD, który zdecydowanie ułatwia wykonywanie autoportretów :). Jednak w stosunku do konkurencyjnych odstaje parametrami obiektywu oraz jakością zdjęć w słabych warunkach oświetleniowych. Tutaj bardziej mógłby konkurować model PL150 ale... ten jest droższy. Jeżeli jednak najmłodsi lubią gadżety to warto zainteresować się tymi modelami.
Olympus FE-4040 to aparat pośredni. Jakością zdjęć w plenerze decydowanie wygrywa z konkurencją (znakomite odwzorowanie kolorów). Wrażenie robi także szerokokątny obiektyw. Gorzej aparat wypada w słabych warunkach świetlnych. Tu może co najwyżej wygrać z produktem Samsunga.
Osobiście stawiam na Kodaka. Wiem, że ta firma w Polsce nie cieszy się zbytnią popularnością (kiepski serwis i słaba jakość wykonania najtańszej serii C uzasadniają taką opinię). Mnie przekonuje jednak intuicyjność i jakość uzyskiwanych zdjęć. Dodatkowo osoby lubiące portale społecznościowe bardzo szybko docenią ułatwienia oferowane przez oprogramowanie dołączane do tego aparatu. Dla zwolenników linuksa nie bez znaczenia będzie prawidłowe rozpoznawanie modelu przez ich ulubiony system.
Tym razem zdecydowanie krócej ale mam nadzieję, że równie treściwie.
wtorek, 5 października 2010
Nie wszystko złoto co się świeci...
Od dłuższego czasu jesteśmy "męczeni" przez medialną nagonkę dotyczącą rynku złota. Jeżeli spojrzeć na wykresy cen tego surowca wyrażone w dowolnej walucie to faktycznie robi to wrażenie super interesu. Czy jednak złoto jest naprawdę instrumentem finansowym dla przeciętnego "zjadacza chleba"?
Moim zdaniem niekoniecznie. Dlaczego?
W Polsce dostęp do rynku złota jest utrudniony. Mamy do wyboru inwestycję w:
- tzw. "złoto bulionowe*"
- sztabki o różnej gramaturze
- fundusze inwestycyjne
- biżuterię
- numizmatykę
Pierwsza i druga pozycja wydają się na pierwszy rzut oka kuszące - ot, zamawiamy złotą monetę lub sztabkę i mamy w domu żółty kruszec. Jest tylko jeden problem - różnica w cenie pomiędzy sprzedażą a skupem wynosi - bagatela - od 15 nawet do 40% (w zależności od miejsca zakupu i sprzedaży). W efekcie trudno mówić tutaj o inwestycji krótkoterminowej.
Fundusze inwestycyjne, a właściwie to ich jednostki to produkt ciekawy i łatwy w nabyciu jak i odsprzedaży (np. Supermarket Funduszy Inwestycyjnych mBanku lub platformy inwestycyjne innych banków). Jednak tutaj też będzie ograniczony wybór. Mi znane są dwa fundusze operujące w Polsce:
- DWS GOLD
- Superfund Gold Future
Problemem jest jednak to, że obydwa fundusze dość mocno powiązane są nie tylko z kursem surowca ale również z kursem walut. Szerzej na ten temat za chwilę.
Biżuteria może wywoływać u co niektórych uśmiech - cóż nie dziwię się. Jednak jak najbardziej może być ona traktowana jako inwestycja i to inwestycja mająca kilka elementów składowych. Jeżeli zainwestujemy w biżuterię z kamieniami szlachetnymi ich ceny również wpłyną na wartość inwestycji. Ponadto jeżeli będzie to wyrób którejś z bardziej znanych marek jubilerskich i stylistycznych to za kilkanaście lat może (ale nie musi) się okazać, że wartość tegoż zakupu dodatkowo wzrosła ze względu na nazwisko złotnika. Jednak w tym przypadku dużo większe znaczenie będzie miała moda. Zarobić na takiej inwestycji można jak najbardziej - jednak podobnie jak sztabki i monety należy ją traktować jako długoterminową.
Numizmatyka od lat powiązana jest z rynkiem złota. Jednak o prawdziwej wartości numizmatów świadczy nie metal lecz częstotliwość występowania na rynku i stan fizyczny. W tym przypadku czas i warunki przechowywania inwestycji mają znaczenie znacznie większe niż w pozostałych.
Wspomniałem wcześniej o kursach walut. Dla polskiego inwestora mają one bardzo duży wpływ na rynek złota gdyż ten surowiec wyceniany jest na giełdach w trzech walutach:
- euro
- dolarze amerykańskim
- funtach brytyjskich
W efekcie wzrost wartości złotówki w stosunku do tego koszyka walut może spowodować utratę znacznej części zysków. Aby to zobrazować posłużę się przykładem:
06-07-2010
Kurs dolara 6 lipca 2010 roku: 3,28 zł
Kurs uncji złota z 6 lipca 2010 roku: około 1200 dolarów
Wartość uncji złota wyrażona w złotówkach: 1200$x3,28zł=3936zł
Cena skupu złota w NBP: do 4000zł/oz
05-10-2010
Kurs dolara 5 października 2010 roku: 2,89 zł
Kurs uncji złota 5 października 2010 roku: 1325 dolarów
Wartość uncji złota wyrażona w złotówkach: 1325$x2,89zł=3829,25zł
Cena skupu złota w NBP: do 3800zł/oz
Jak widać polski inwestor właśnie stracił ponad 100zł na inwestycji w złoto, a przecież cena wyrażona w dolarach amerykańskich szybuje w górę... To przykład zadziałania dźwigni finansowej - oczywiście gdybyśmy trafili na jednoczesny wzrost wartości dolara i wzrost ceny złota to zarabiamy dodatkowo (tak było w 2007 i 2008 roku). Pytanie tylko czy polowanie na taką okazję nie przypomina czasem gry w ruletkę? W tym momencie dochodzimy do kolejnej sprawy. Obecne ceny złota nie sprzyjają inwestycji krótko i średnioterminowej, a z kolei inwestycja długoterminowa to moim zdaniem okres około 9 - 15 lat.
Dlaczego?
Osobiście wierzę w tzw. "cykle koniunkturalne w gospodarce". Zakładając, że maksimum załamania gospodarczego zostało osiągnięte w lutym 2009 roku, to obecnie znajdujemy się w fazie stopniowego odbudowywania koniunktury. Oczywiście nie nastąpi to z dnia na dzień. Sądzę, że przed nami jeszcze 2 dość nerwowe lata gdy wzrost gospodarczy będzie przetykany spowolnieniem i wstrząsami w stylu upadku "Orbisu". Jednak poziom cen giełdowych nie powinien zejść poniżej pułapu z lutego 2009 roku. Tym samym oznacza to, że najbliższe 2 lata nie przyniosą już tak spektakularnych wzrostów cen złota jak rok 2008 i 2009. Co więcej, z każdym kolejnym miesiącem wzrasta ryzyko załamanie się popytu spekulacyjnego na rynku złota, a wówczas cena tego kruszcu może spaść do okolic 1000 dolarów za uncję. Istnieje poważne ryzyko, że polski inwestor może w takich warunkach utracić nawet 25% wartości inwestycji. W połączeniu z wysoką różnicą w cenach sprzedaży i skupu fizycznego złota strata ta może być nawet jeszcze większa. W przypadku inwestycji w fundusze zysk z jednostek uczestnictwa może okazać się znacznie mniejszy niż z innych rodzajów inwestycji. W efekcie łatwo o rozczarowanie i nerwowość.
W aspekcie długoterminowym osobiście z zakupem wstrzymuję się do mniej-więcej 2014-15 roku. Inwestycję w złoto traktuję raczej jako zabezpieczenie inflacyjne, a w obecnych warunkach taki cel w moim portfelu pełnią fundusze pieniężne.
Pompowanie miliardów świeżo wydrukowanych dolarów w gospodarkę zakończy się wcześniej czy później w USA inflacją, to z kolei zmusi FED do podniesienia stóp procentowych, a rząd federalny prawdopodobnie podniesie podatki (ściągniecie nadmiaru gotówki z rynku). Podobna sytuacja będzie w przypadku Wielkiej Brytanii i jeżeli tak dalej pójdzie także strefy euro. Oznacza to, że przewidywany przeze mnie wzrost gospodarczy może nie być tak spektakularny i tak długi jak poprzedni, a ceny "żółtego kruszcu" mogą ustabilizować się na wyższych poziomach, jednak osobiście w to wątpię.
Przed światową gospodarką pojawia się moment zwrotny, miejsce obecnych potęg gospodarczych w najbliższych 25 latach zajmą Chiny, Rosja, Indie i Brazylia. Obecni potentaci mogą zaś zanurzyć się w walce z inflacją, problemem starzejącego się społeczeństwa i rosnących podatków. Wartość złota wyrażona w walutach: amerykańskiej, brytyjskiej i europejskiej może tym samym rosnąć, jednak będzie to spowodowane nie wzrostem wartości złota, a właśnie spadkiem wartości tych walut. W efekcie najbardziej perspektywicznymi inwestycjami będą w polskich warunkach:
- fundusze inwestujące w krajach BRIC (Brazylia, Rosja, Indie i Chiny),
- fundusze obligacji (tzw. "państwa rozwinięte" będą pod presją własnych obywateli starały się utrzymać wysoki standard socjalny, to kosztuje i prawdopodobnie będzie finansowane deficytem),
- fundusze pieniężne (zabezpieczenie inflacyjne - ich wartość będzie rosła odzwierciedlając spadek wartości pieniądza),
- ubezpieczenia zdrowotne (koszty obsługi zdrowia będą w następnych latach drastycznie rosły - liczba potencjalnych klientów będzie znacznie wyższa niż wydajność obecnej konstrukcji służby zdrowia),
Dwie ostatnie inwestycje mając cel osłonowy. One nie przyniosą realnych zysków, a jedynie uchronią oszczędności przed drenażem przez inflację i fiskusa.
Jak widać, nie wszystko złoto co się świeci. Przed inwestycją radzę przemyśleć ile inwestujemy i jaki jest nasz cel inwestycyjny.
Jeżeli celem jest zarobek - to lepiej zainwestować w fundusze BRIC. Dość ciekawe perspektywy w okresie najbliższych 5 lat rysują się również przed polskimi małymi i średnimi spółkami. W sytuacji gdy boimy się potencjalnych wahań na giełdach to proponuję fundusze papierów dłużnych. Ich zysk będzie mniejszy niż funduszy akcyjnych i w tym przypadku trzeba uważać na politykę stóp procentowych. Jeżeli zaczną one być podnoszone (istnieje duże prawdopodobieństwo takiej sytuacji na rok 2011) to wzrost wartości jednostek uczestnictwa tych funduszy zostanie gwałtownie zahamowany.
W przypadku chęci obrony wartości oszczędności warto zainwestować w fundusze pieniężne, a dopiero w dalszej perspektywie w złoto.
Znów wyszło strasznie długo... Mam nadzieję, że nie nudnie i czegoś ciekawego się dowiedzieliście.
*Złoto bulionowe - złote monety bite przez NBP i inne banki centralne na świecie wprowadzane do sprzedaży w oddziałach tejże instytucji. Cenę zakupu i sprzedaży tych instrumentów możemy sprawdzić tutaj.
Moim zdaniem niekoniecznie. Dlaczego?
W Polsce dostęp do rynku złota jest utrudniony. Mamy do wyboru inwestycję w:
- tzw. "złoto bulionowe*"
- sztabki o różnej gramaturze
- fundusze inwestycyjne
- biżuterię
- numizmatykę
Pierwsza i druga pozycja wydają się na pierwszy rzut oka kuszące - ot, zamawiamy złotą monetę lub sztabkę i mamy w domu żółty kruszec. Jest tylko jeden problem - różnica w cenie pomiędzy sprzedażą a skupem wynosi - bagatela - od 15 nawet do 40% (w zależności od miejsca zakupu i sprzedaży). W efekcie trudno mówić tutaj o inwestycji krótkoterminowej.
Fundusze inwestycyjne, a właściwie to ich jednostki to produkt ciekawy i łatwy w nabyciu jak i odsprzedaży (np. Supermarket Funduszy Inwestycyjnych mBanku lub platformy inwestycyjne innych banków). Jednak tutaj też będzie ograniczony wybór. Mi znane są dwa fundusze operujące w Polsce:
- DWS GOLD
- Superfund Gold Future
Problemem jest jednak to, że obydwa fundusze dość mocno powiązane są nie tylko z kursem surowca ale również z kursem walut. Szerzej na ten temat za chwilę.
Biżuteria może wywoływać u co niektórych uśmiech - cóż nie dziwię się. Jednak jak najbardziej może być ona traktowana jako inwestycja i to inwestycja mająca kilka elementów składowych. Jeżeli zainwestujemy w biżuterię z kamieniami szlachetnymi ich ceny również wpłyną na wartość inwestycji. Ponadto jeżeli będzie to wyrób którejś z bardziej znanych marek jubilerskich i stylistycznych to za kilkanaście lat może (ale nie musi) się okazać, że wartość tegoż zakupu dodatkowo wzrosła ze względu na nazwisko złotnika. Jednak w tym przypadku dużo większe znaczenie będzie miała moda. Zarobić na takiej inwestycji można jak najbardziej - jednak podobnie jak sztabki i monety należy ją traktować jako długoterminową.
Numizmatyka od lat powiązana jest z rynkiem złota. Jednak o prawdziwej wartości numizmatów świadczy nie metal lecz częstotliwość występowania na rynku i stan fizyczny. W tym przypadku czas i warunki przechowywania inwestycji mają znaczenie znacznie większe niż w pozostałych.
Wspomniałem wcześniej o kursach walut. Dla polskiego inwestora mają one bardzo duży wpływ na rynek złota gdyż ten surowiec wyceniany jest na giełdach w trzech walutach:
- euro
- dolarze amerykańskim
- funtach brytyjskich
W efekcie wzrost wartości złotówki w stosunku do tego koszyka walut może spowodować utratę znacznej części zysków. Aby to zobrazować posłużę się przykładem:
06-07-2010
Kurs dolara 6 lipca 2010 roku: 3,28 zł
Kurs uncji złota z 6 lipca 2010 roku: około 1200 dolarów
Wartość uncji złota wyrażona w złotówkach: 1200$x3,28zł=3936zł
Cena skupu złota w NBP: do 4000zł/oz
05-10-2010
Kurs dolara 5 października 2010 roku: 2,89 zł
Kurs uncji złota 5 października 2010 roku: 1325 dolarów
Wartość uncji złota wyrażona w złotówkach: 1325$x2,89zł=3829,25zł
Cena skupu złota w NBP: do 3800zł/oz
Jak widać polski inwestor właśnie stracił ponad 100zł na inwestycji w złoto, a przecież cena wyrażona w dolarach amerykańskich szybuje w górę... To przykład zadziałania dźwigni finansowej - oczywiście gdybyśmy trafili na jednoczesny wzrost wartości dolara i wzrost ceny złota to zarabiamy dodatkowo (tak było w 2007 i 2008 roku). Pytanie tylko czy polowanie na taką okazję nie przypomina czasem gry w ruletkę? W tym momencie dochodzimy do kolejnej sprawy. Obecne ceny złota nie sprzyjają inwestycji krótko i średnioterminowej, a z kolei inwestycja długoterminowa to moim zdaniem okres około 9 - 15 lat.
Dlaczego?
Osobiście wierzę w tzw. "cykle koniunkturalne w gospodarce". Zakładając, że maksimum załamania gospodarczego zostało osiągnięte w lutym 2009 roku, to obecnie znajdujemy się w fazie stopniowego odbudowywania koniunktury. Oczywiście nie nastąpi to z dnia na dzień. Sądzę, że przed nami jeszcze 2 dość nerwowe lata gdy wzrost gospodarczy będzie przetykany spowolnieniem i wstrząsami w stylu upadku "Orbisu". Jednak poziom cen giełdowych nie powinien zejść poniżej pułapu z lutego 2009 roku. Tym samym oznacza to, że najbliższe 2 lata nie przyniosą już tak spektakularnych wzrostów cen złota jak rok 2008 i 2009. Co więcej, z każdym kolejnym miesiącem wzrasta ryzyko załamanie się popytu spekulacyjnego na rynku złota, a wówczas cena tego kruszcu może spaść do okolic 1000 dolarów za uncję. Istnieje poważne ryzyko, że polski inwestor może w takich warunkach utracić nawet 25% wartości inwestycji. W połączeniu z wysoką różnicą w cenach sprzedaży i skupu fizycznego złota strata ta może być nawet jeszcze większa. W przypadku inwestycji w fundusze zysk z jednostek uczestnictwa może okazać się znacznie mniejszy niż z innych rodzajów inwestycji. W efekcie łatwo o rozczarowanie i nerwowość.
W aspekcie długoterminowym osobiście z zakupem wstrzymuję się do mniej-więcej 2014-15 roku. Inwestycję w złoto traktuję raczej jako zabezpieczenie inflacyjne, a w obecnych warunkach taki cel w moim portfelu pełnią fundusze pieniężne.
Pompowanie miliardów świeżo wydrukowanych dolarów w gospodarkę zakończy się wcześniej czy później w USA inflacją, to z kolei zmusi FED do podniesienia stóp procentowych, a rząd federalny prawdopodobnie podniesie podatki (ściągniecie nadmiaru gotówki z rynku). Podobna sytuacja będzie w przypadku Wielkiej Brytanii i jeżeli tak dalej pójdzie także strefy euro. Oznacza to, że przewidywany przeze mnie wzrost gospodarczy może nie być tak spektakularny i tak długi jak poprzedni, a ceny "żółtego kruszcu" mogą ustabilizować się na wyższych poziomach, jednak osobiście w to wątpię.
Przed światową gospodarką pojawia się moment zwrotny, miejsce obecnych potęg gospodarczych w najbliższych 25 latach zajmą Chiny, Rosja, Indie i Brazylia. Obecni potentaci mogą zaś zanurzyć się w walce z inflacją, problemem starzejącego się społeczeństwa i rosnących podatków. Wartość złota wyrażona w walutach: amerykańskiej, brytyjskiej i europejskiej może tym samym rosnąć, jednak będzie to spowodowane nie wzrostem wartości złota, a właśnie spadkiem wartości tych walut. W efekcie najbardziej perspektywicznymi inwestycjami będą w polskich warunkach:
- fundusze inwestujące w krajach BRIC (Brazylia, Rosja, Indie i Chiny),
- fundusze obligacji (tzw. "państwa rozwinięte" będą pod presją własnych obywateli starały się utrzymać wysoki standard socjalny, to kosztuje i prawdopodobnie będzie finansowane deficytem),
- fundusze pieniężne (zabezpieczenie inflacyjne - ich wartość będzie rosła odzwierciedlając spadek wartości pieniądza),
- ubezpieczenia zdrowotne (koszty obsługi zdrowia będą w następnych latach drastycznie rosły - liczba potencjalnych klientów będzie znacznie wyższa niż wydajność obecnej konstrukcji służby zdrowia),
Dwie ostatnie inwestycje mając cel osłonowy. One nie przyniosą realnych zysków, a jedynie uchronią oszczędności przed drenażem przez inflację i fiskusa.
Jak widać, nie wszystko złoto co się świeci. Przed inwestycją radzę przemyśleć ile inwestujemy i jaki jest nasz cel inwestycyjny.
Jeżeli celem jest zarobek - to lepiej zainwestować w fundusze BRIC. Dość ciekawe perspektywy w okresie najbliższych 5 lat rysują się również przed polskimi małymi i średnimi spółkami. W sytuacji gdy boimy się potencjalnych wahań na giełdach to proponuję fundusze papierów dłużnych. Ich zysk będzie mniejszy niż funduszy akcyjnych i w tym przypadku trzeba uważać na politykę stóp procentowych. Jeżeli zaczną one być podnoszone (istnieje duże prawdopodobieństwo takiej sytuacji na rok 2011) to wzrost wartości jednostek uczestnictwa tych funduszy zostanie gwałtownie zahamowany.
W przypadku chęci obrony wartości oszczędności warto zainwestować w fundusze pieniężne, a dopiero w dalszej perspektywie w złoto.
Znów wyszło strasznie długo... Mam nadzieję, że nie nudnie i czegoś ciekawego się dowiedzieliście.
*Złoto bulionowe - złote monety bite przez NBP i inne banki centralne na świecie wprowadzane do sprzedaży w oddziałach tejże instytucji. Cenę zakupu i sprzedaży tych instrumentów możemy sprawdzić tutaj.
środa, 29 września 2010
Dwa w jednym, czyli dług publiczny i starzenie się społeczeństwa...
W dniu wczorajszym w Internecie pojawiła się ciekawa strona. W niespotykany dotąd sposób pokazano na niej wielkość zadłużenia Polski. Oprócz danych w % PKB (które skądinąd są dla przeciętnego Kowalskiego mało czytelne) znajdziemy na niej informacje o wysokości długu publicznego wyrażone w cyferkach. Konkretne liczby zdecydowanie lepiej przemawiają do wyobraźni.
Cóż to jest za twór, ten dług publiczny?
Za Wikipedią:
Oczywiście nadal jest to pojęcie co nieco rozmyte. Bardzo upraszczając, dług publiczny to wielkość pożyczek i nie zapłaconych w terminie zobowiązań państwa. Ponieważ państwo to twór nie posiadający osobowości fizycznej (nie ma osoby Polska), więc za jego długi odpowiada rząd i obywatele danego kraju. W efekcie możemy powiedzieć, że rząd zwiększając długi zwiększa obciążenia, które w przyszłości mają ponieść obywatele (czyli my).
Jeżeli tempo rozwoju państwa jest wysokie i następuje szybki wzrost dochodów budżetowych, przy jednoczesnym utrzymaniu się zadłużenia na niskich poziomach, dług publiczny nie jest rzeczą złą - przy takim rozwoju sytuacji zostanie on spłacony z rosnących wpływów do budżetu. Kiedy można mieć nadzieję na taką sytuację? Tylko i wyłącznie wówczas gdy ustawa budżetowa na dany rok nie przewiduje tzw. "deficytu budżetowego" (czyli inaczej mówiąc braku środków). Oznacza to wówczas, że państwo spłaca swoje zobowiązania, a nie zaciąga nowych, tym samym dług publiczny zmniejsza się. Taką sytuację w latach ostatniego boomu surowcowego (2005-2006) można było zaobserwować w Rosji.
Niestety w przypadku Polski deficyt budżetowy jest stałym elementem planowania budżetu. W efekcie co roku zwiększane jest zadłużenie państwa. Co interesujące - dwoma głównymi składnikami budżetu w 2008 roku (ponad 50%) były 2 pozycje: ochrona socjalna (198,95 mld zł) i służba zdrowia (64,41 mld zł). Łączne wydatki w wymienionym roku wyniosły zaś: 534 mld zł. Deficyt budżetowy w 2008 roku wynosił: 20,01 mld zł. W efekcie można powiedzieć, że na nieefektywną, państwową pomoc socjalną wydaje się ponad 37% budżetu. Ciekawe jest to, że wystarczyłoby ograniczyć ją o 15% i wówczas budżet państwa dysponował by nadwyżką, która zainwestowana w obniżenie obciążeń podatkowo-fiskalnych zaowocowałaby zwiększeniem miejsc pracy, kolejne zmniejszenie o 15% i zainwestowanie ich w edukacje pozwoliłoby na zwiększenie nakładów na szkoły i naukę o blisko 30 mld zł (to blisko 50% kwoty, którą wówczas wydano).
Teraz zapytajcie się dowolnego bezrobotnego, normalnego człowieka czy woli zasiłek i pomoc socjalną - czy uczciwą i godziwą pracę?
Zastanówcie się też, kto będzie miał w życiu łatwiej - dziecko, które przeszło przez dobrze dofinansowaną szkołę, z nowoczesnymi salami wykładowymi wyposażonymi w multimedia, czy dziecko chodzące do obskurnej szkoły, która aby wyremontować salę gimnastyczną musi prosić o pomoc rodziców?
Osobiście jestem przeciwnikiem państwowej pomocy społecznej (jest ona nieefektywna i droga), bezpłatnego szkolnictwa na poziomie ponadgimnazjalnym (rodzice mają dziwne przeświadczenie, że prawo do nauki to to samo co obowiązek nauki - nic bardziej mylnego ale to już temat na przyszły post). Co więcej, uważam, że dystrybuowanie środków z ubezpieczenia zdrowotnego przez państwo, podobnie jak organizowanie przez nie pomocy społecznej, jest skrajnie nieefektywne.
Prywatyzacja ubezpieczeń zdrowotnych i dalsza jeszcze głębsza reforma emerytalna jest jedynym wyjściem z impasu budżetowego. Wprowadzenie zaś odpłatnego szkolnictwa ponadgimnazjalnego w połączeniu z programami stypendialnymi pozwoliłoby na podniesienie poziomu i jakości kształcenia.
Uważam, że jeżeli za coś płacimy to zazwyczaj to szanujemy - jeżeli trzeba by było zapłacić za czas nauczyciela byłby on szanowany przez uczniów, bo tego wymagaliby rodzice. Obowiązywałoby to i w drugą stronę, nauczyciel nie szanujący czasu uczniów szybko musiałby się przekwalifikować.
W moich oczach przeciętny człowiek znacznie lepiej potrafi zainwestować własne pieniądze niż robi to państwo. Oczywiście, nie uniknie błędów ale przecież na nich się uczymy. Co więcej, jeżeli my zdobędziemy określoną wiedzę, to postaramy się ją przekazać naszym pociechom.
Kolejnym elementem, który należałoby wprowadzić to podatek pokoleniowy.
Cóż to za twór?
Narastanie długu publicznego w połączeniu z zmniejszającą się liczbą urodzeń powoduje, że wysokość obciążeń przypadających na jednego zdolnego do pracy Polaka w przeciągu następnych 25 lat wzrośnie drastycznie. W efekcie należałoby zachęcić rodziców do posiadania większej liczby dzieci. Jak to zrobić?
Z różnych stron słychać o ulgach prorodzinnych i kolejnych programach pomocy finansowej. Moim zdaniem błąd w myśleniu.
W tym przypadku rozsądne rozwiązanie to rozwiązanie fiskalne karzące osoby nie posiadające potomstwa oraz rodziny posiadające mniej niż dwójkę dzieci. Dopiero przy trójce dzieci lub ich większej ilości można by mówić o pomocy fiskalno-finansowej. Założenie to wynika stąd, że znaczna liczba rodzin zadowala się obecnie jednym potomkiem. Istnieje też grupa osób, która mimo braku przeciwwskazań medycznych w ogóle nie ma ochoty na dzieci. Te osoby, świadomie lub nie, w przyszłości wygenerują bardzo wysokie koszta leczenia i opieki. Brak potomków w większości przypadków spowoduje, że koszta te zostaną przerzucone na państwo, a tym samym na jego pracujących obywateli. W tym momencie należy się zastanowić na ile jest to normalna sytuacja?
W efekcie wprowadzenie podatku pokoleniowego w połączeniu z podatkiem "bykowym" (osoby powyżej 30-go roku życia nie posiadające rodziny) da środki na wsparcie rodzin, które mają więcej potomków.
Dlaczego piszę, że stan równowagi zostałby osiągnięty przy rodzinie 2+2? Po prostu w takiej sytuacji dwoje potomków zastępuje dwoje rodziców. Trochę inaczej ma się tutaj sytuacja z matką samotnie wychowującą dziecko - tu wystarczy już jeden potomek.
Oczywiście osoby nie mogące mieć dzieci z szeroko pojętych przyczyn medycznych zostały by zwolnione z w/w podatków.
Oczywiście pomysł ten jest... hmm... bardzo kontrowersyjny, jednak za nim mnie "zmieszacie z błotem" zastanówcie się ile rodzin faktycznie pozostaje przy jednym dziecku ze względu na wygodę? Wiem tego typu podejście to mieszanie się państwa do spraw osobistych, jednak z drugiej strony patrząc z perspektywy 25-50 lat to opisane działania przestają być "sprawami osobistymi".
Rozwiązanie o których piszę doprowadziły by w przeciągu jednego pokolenia do stanu równowagi, a być może nawet do wyjścia z impasu finansowego. Tylko (albo aż) wreszcie musimy zdać sobie z tego sprawę, że kolejne strajki budżetówki, górników, hutników itp. są w obecnej sytuacji po prostu niestosowne. Zacznijmy wreszcie myśleć na zasadzie: "jeżeli sam nie zarobię to nikt mi nic nie da". Jeżeli zaś moja dotychczasowa praca daje zaniskie uposażenie to powinienem ją zmienić. Być może podnosząc swoje kwalifikacje będzie mi łatwiej, a może po prostu czas zmienić branżę?
Strajki i domaganie się wyższych pensji od państwa to... absurd, wcześniej czy później te wyższe zarobki pochłoną podatki i parapodatki, które trzeba będzie zapłacić wyższe aby na te podwyżki starczyło... Błędne koło, z którego wyrwać się może tylko sam zainteresowany.
Zakończę przysłowiem: "Umiesz liczyć? Licz na siebie."
Cóż to jest za twór, ten dług publiczny?
Za Wikipedią:
Dług publiczny (albo zgodnie z definicją ustawową „państwowy dług publiczny”) – obejmuje nominalne zadłużenie podmiotów sektora finansów publicznych, ustalone po wyeliminowaniu przepływów finansowych pomiędzy podmiotami należącymi do tego sektora (skonsolidowane zadłużenie brutto), zaciągnięte z następujących tytułów:
papiery wartościowe opiewające wyłącznie na świadczenia pieniężne (poza papierami udziałowymi),
pożyczki (w tym papiery wartościowe, których zbywalność jest ograniczona),
kredyty,
przyjęte depozyty,
zobowiązania wymagalne (tzn. zobowiązania, których termin płatności minął, a które nie zostały przedawnione lub umorzone).
Oczywiście nadal jest to pojęcie co nieco rozmyte. Bardzo upraszczając, dług publiczny to wielkość pożyczek i nie zapłaconych w terminie zobowiązań państwa. Ponieważ państwo to twór nie posiadający osobowości fizycznej (nie ma osoby Polska), więc za jego długi odpowiada rząd i obywatele danego kraju. W efekcie możemy powiedzieć, że rząd zwiększając długi zwiększa obciążenia, które w przyszłości mają ponieść obywatele (czyli my).
Jeżeli tempo rozwoju państwa jest wysokie i następuje szybki wzrost dochodów budżetowych, przy jednoczesnym utrzymaniu się zadłużenia na niskich poziomach, dług publiczny nie jest rzeczą złą - przy takim rozwoju sytuacji zostanie on spłacony z rosnących wpływów do budżetu. Kiedy można mieć nadzieję na taką sytuację? Tylko i wyłącznie wówczas gdy ustawa budżetowa na dany rok nie przewiduje tzw. "deficytu budżetowego" (czyli inaczej mówiąc braku środków). Oznacza to wówczas, że państwo spłaca swoje zobowiązania, a nie zaciąga nowych, tym samym dług publiczny zmniejsza się. Taką sytuację w latach ostatniego boomu surowcowego (2005-2006) można było zaobserwować w Rosji.
Niestety w przypadku Polski deficyt budżetowy jest stałym elementem planowania budżetu. W efekcie co roku zwiększane jest zadłużenie państwa. Co interesujące - dwoma głównymi składnikami budżetu w 2008 roku (ponad 50%) były 2 pozycje: ochrona socjalna (198,95 mld zł) i służba zdrowia (64,41 mld zł). Łączne wydatki w wymienionym roku wyniosły zaś: 534 mld zł. Deficyt budżetowy w 2008 roku wynosił: 20,01 mld zł. W efekcie można powiedzieć, że na nieefektywną, państwową pomoc socjalną wydaje się ponad 37% budżetu. Ciekawe jest to, że wystarczyłoby ograniczyć ją o 15% i wówczas budżet państwa dysponował by nadwyżką, która zainwestowana w obniżenie obciążeń podatkowo-fiskalnych zaowocowałaby zwiększeniem miejsc pracy, kolejne zmniejszenie o 15% i zainwestowanie ich w edukacje pozwoliłoby na zwiększenie nakładów na szkoły i naukę o blisko 30 mld zł (to blisko 50% kwoty, którą wówczas wydano).
Teraz zapytajcie się dowolnego bezrobotnego, normalnego człowieka czy woli zasiłek i pomoc socjalną - czy uczciwą i godziwą pracę?
Zastanówcie się też, kto będzie miał w życiu łatwiej - dziecko, które przeszło przez dobrze dofinansowaną szkołę, z nowoczesnymi salami wykładowymi wyposażonymi w multimedia, czy dziecko chodzące do obskurnej szkoły, która aby wyremontować salę gimnastyczną musi prosić o pomoc rodziców?
Osobiście jestem przeciwnikiem państwowej pomocy społecznej (jest ona nieefektywna i droga), bezpłatnego szkolnictwa na poziomie ponadgimnazjalnym (rodzice mają dziwne przeświadczenie, że prawo do nauki to to samo co obowiązek nauki - nic bardziej mylnego ale to już temat na przyszły post). Co więcej, uważam, że dystrybuowanie środków z ubezpieczenia zdrowotnego przez państwo, podobnie jak organizowanie przez nie pomocy społecznej, jest skrajnie nieefektywne.
Prywatyzacja ubezpieczeń zdrowotnych i dalsza jeszcze głębsza reforma emerytalna jest jedynym wyjściem z impasu budżetowego. Wprowadzenie zaś odpłatnego szkolnictwa ponadgimnazjalnego w połączeniu z programami stypendialnymi pozwoliłoby na podniesienie poziomu i jakości kształcenia.
Uważam, że jeżeli za coś płacimy to zazwyczaj to szanujemy - jeżeli trzeba by było zapłacić za czas nauczyciela byłby on szanowany przez uczniów, bo tego wymagaliby rodzice. Obowiązywałoby to i w drugą stronę, nauczyciel nie szanujący czasu uczniów szybko musiałby się przekwalifikować.
W moich oczach przeciętny człowiek znacznie lepiej potrafi zainwestować własne pieniądze niż robi to państwo. Oczywiście, nie uniknie błędów ale przecież na nich się uczymy. Co więcej, jeżeli my zdobędziemy określoną wiedzę, to postaramy się ją przekazać naszym pociechom.
Kolejnym elementem, który należałoby wprowadzić to podatek pokoleniowy.
Cóż to za twór?
Narastanie długu publicznego w połączeniu z zmniejszającą się liczbą urodzeń powoduje, że wysokość obciążeń przypadających na jednego zdolnego do pracy Polaka w przeciągu następnych 25 lat wzrośnie drastycznie. W efekcie należałoby zachęcić rodziców do posiadania większej liczby dzieci. Jak to zrobić?
Z różnych stron słychać o ulgach prorodzinnych i kolejnych programach pomocy finansowej. Moim zdaniem błąd w myśleniu.
W tym przypadku rozsądne rozwiązanie to rozwiązanie fiskalne karzące osoby nie posiadające potomstwa oraz rodziny posiadające mniej niż dwójkę dzieci. Dopiero przy trójce dzieci lub ich większej ilości można by mówić o pomocy fiskalno-finansowej. Założenie to wynika stąd, że znaczna liczba rodzin zadowala się obecnie jednym potomkiem. Istnieje też grupa osób, która mimo braku przeciwwskazań medycznych w ogóle nie ma ochoty na dzieci. Te osoby, świadomie lub nie, w przyszłości wygenerują bardzo wysokie koszta leczenia i opieki. Brak potomków w większości przypadków spowoduje, że koszta te zostaną przerzucone na państwo, a tym samym na jego pracujących obywateli. W tym momencie należy się zastanowić na ile jest to normalna sytuacja?
W efekcie wprowadzenie podatku pokoleniowego w połączeniu z podatkiem "bykowym" (osoby powyżej 30-go roku życia nie posiadające rodziny) da środki na wsparcie rodzin, które mają więcej potomków.
Dlaczego piszę, że stan równowagi zostałby osiągnięty przy rodzinie 2+2? Po prostu w takiej sytuacji dwoje potomków zastępuje dwoje rodziców. Trochę inaczej ma się tutaj sytuacja z matką samotnie wychowującą dziecko - tu wystarczy już jeden potomek.
Oczywiście osoby nie mogące mieć dzieci z szeroko pojętych przyczyn medycznych zostały by zwolnione z w/w podatków.
Oczywiście pomysł ten jest... hmm... bardzo kontrowersyjny, jednak za nim mnie "zmieszacie z błotem" zastanówcie się ile rodzin faktycznie pozostaje przy jednym dziecku ze względu na wygodę? Wiem tego typu podejście to mieszanie się państwa do spraw osobistych, jednak z drugiej strony patrząc z perspektywy 25-50 lat to opisane działania przestają być "sprawami osobistymi".
Rozwiązanie o których piszę doprowadziły by w przeciągu jednego pokolenia do stanu równowagi, a być może nawet do wyjścia z impasu finansowego. Tylko (albo aż) wreszcie musimy zdać sobie z tego sprawę, że kolejne strajki budżetówki, górników, hutników itp. są w obecnej sytuacji po prostu niestosowne. Zacznijmy wreszcie myśleć na zasadzie: "jeżeli sam nie zarobię to nikt mi nic nie da". Jeżeli zaś moja dotychczasowa praca daje zaniskie uposażenie to powinienem ją zmienić. Być może podnosząc swoje kwalifikacje będzie mi łatwiej, a może po prostu czas zmienić branżę?
Strajki i domaganie się wyższych pensji od państwa to... absurd, wcześniej czy później te wyższe zarobki pochłoną podatki i parapodatki, które trzeba będzie zapłacić wyższe aby na te podwyżki starczyło... Błędne koło, z którego wyrwać się może tylko sam zainteresowany.
Zakończę przysłowiem: "Umiesz liczyć? Licz na siebie."
Subskrybuj:
Posty (Atom)