czwartek, 19 kwietnia 2012

Leasing vs kredyt - co lepsze dla fotografa? O finansowej stronie fotografii okolicznościowej.

...konieczność zebrania odpowiednich dokumentów...

O tym jakie zalety ma podatkowe ma leasing rozpisywać się nie zamierzam - na ten temat napisano dość. Gwoli przypomnienia podam jednak różnice:
KredytLeasing
Możliwość wliczenia w koszty uzyskania przychodu całości opłaty miesięcznej:nie, możliwość wpisania w koszty tylko części odsetkowejtak, możliwość wpisania w koszty całości kwoty czynszu wraz kosztem ubezpieczenia
Możliwość skorzystania z procedury uproszczonej przy niższych kwotach (do ok. 10 000 zł netto):obecnie większość banków wycofuje się z takiej oferty, w większości przypadków przy kredycie powyżej 5 000 zł wymagane są dokumenty rejestrowe oraz zaświadczenie o niezaleganiu z podatkami, ponad to część banków wymaga dowodów wpłat podatku dochodowego z ostatnich 3 m-cyprzy kwocie do 10 000 zł netto większość firm leasingowych zastosuje uproszczoną procedurę leasingową wymagając jedynie kopi dokumentów rejestrowych oraz oświadczenia przedsiębiorcy o uzyskiwanych dochodach
Wymagana zgoda współmałżonka:przy kredytach powyżej 5 000 zł najczęściej tak, choć są banki, które utrzymują ten limit na poziomie 10 000 złnie
Jak widać, już sama konieczność zebrania odpowiednich dokumentów dla prowadzących działalność gospodarczą może okazać się nie lada wyzwaniem. Z mojej praktyki wynika, że największy problem stanowi udokumentowanie wpłaty podatku dochodowego z ostatnich 3 m-cy. W większości małych firm tak planowane są wydatki aby uniknąć tej przykrej konieczności - w końcu nikt nie lubi gdy zabiera mu się pieniądze. Ponad to o ile w przypadku kredytu finansującego zakup ratalny kwota 13 000 zł jest często astronomiczna i włącza wszelkie możliwe lampki ostrzegawcze w systemie kontrolingu i weryfikacji, o tyle w leasingu są to "drobne", które często mogą być finansowane na zasadach uproszczonych.

Często słyszę: "...rata leasingowa jest wyższa / droższa o raty kredytu, a później - nie dość, że co miesiąc płaci się więcej - to trzeba coś tam jeszcze płacić za wykup..."

Niby racja, czynsz leasingowy jest często wyższy od kwoty raty, jednak ma tą zaletę, że w całości jest kosztem uzyskania przychodu, a tym samym obniża konieczność zapłacenia podatku dochodowego. W efekcie leasing średnio i długo okresowy jest korzystniejsza formą finansowania.

Warto też pamiętać o tym, że w branżach o szybkim tempie rozwoju technologicznego (a do takich należy branża foto - video) sprzęt "starzeje" się szybciej niż wskazywała by na to data produkcji.

Kolejnym elementem jest zużycie sprzętu - w amatorskim użytkowaniu limity na poziomie 100 000 zdjęć nie stanowią problemu, w zastosowaniu pro - zdecydowanie tak. Przeciętny fotograf zawodowy z jednej imprezy przywozi około 1000 - 1500 zdjęć, takich imprez ma 2 - 6 w miesiącu, a około 50 w ciągu roku. Nie trudno policzyć, że przeciętną granicę żywotności sprzęt osiągnie po około 2 - 3 latach. Można go oczywiście naprawiać - tyle, że w tym okresie najczęściej pojawi się już nowsza, często poprawiona wersja używanego dotychczas sprzętu... Cóż, kółko zaczyna się od nowa, tylko, że trzeba jeszcze sprzedać stary sprzęt - uważając na to aby zrobić to przed okresem amortyzacji, bo po jego upłynięciu cała kwota sprzedaży stanowi dochód, który jest opodatkowany... Polecam rozmowę z księgowym, może być dość pouczająca.
W przypadku leasingu, po okresie określonym w umowie, problem z upłynnieniem starego sprzętu można przerzucić na leasingodawcę, samemu w tym czasie podpisując nową umowę na kolejną wersję sprzętu.

Wyżej opisałem sytuację dotyczącą korpusu lustrzanki ale to samo dotyczy praktycznie większości osprzętu, który tworzy warsztat pracy fotografa:
  • lamp błyskowych,
  • komputera,
  • oprogramowania,
  • obiektywów - choć w tym przypadku okres zużycia i starzenia się jest znacznie dłuższy,

Rata leasingowa 595 zł, rata kredytowa 596 zł

Na koniec zostawiłem pewne, dość uproszczone wyliczenie:
Korpus semi-pro: 7 000 zł
Zestaw 3 obiektywów na początek: 7 000 zł
Reporterska lampa błyskowa: 1 300 zł
Oprogramowanie do obróbki zdjęć: 3 500 zł
Przyzwoity monitor o dobrej jakości odwzorowania barw: 2 000 zł
Przyzwoity komputer: 2 500 zł
Pozostały osprzęt: 2 500 zł
RAZEM: 25 800 zł

O kredycie na taką kwotę radzę zapomnieć, leasing też nie będzie łatwy ale zdecydowanie prostszy do załatwienia, w szczególności, jeżeli już jakiś czas na rynku działamy jako firma...
Jak będzie wyglądała średnia różnica w racie? Leasing: 595 zł brutto / m-ąc, realny koszy nabycia po uwzględnieniu korzyści podatkowych: 26 750 zł (z opcją wykupu) lub 25 000 zł (bez wykupu po okresie umowy)
Kredyt: 596 zł / m-ąc, realny koszt nabycia po uwzględnieniu oprocentowania: ok. 27 500 zł

O ile w przypadku leasingu raczej nie powinno być problemu z procedurą uproszczoną, o tyle w przypadku kredytu nie obejdzie się bez przedstawienia dowodów wpłat do US i ZUS. Ponad to, w większości przypadków osoby prowadzące działalność gospodarczą krócej niż 1 rok będą miały zdecydowanie "pod górkę...".
Oczywiście, na rynku można znaleźć okazje, w których zarówno kredyt jak i leasing będzie udzielany na korzystniejszych warunkach...
Z punktu widzenia początkującego fotografa leasing ma sporo zalet związanych z mniejszą ilością formalności. Jak widać koszt miesięczny kształtuje się na podobnym poziomie. Choć faktycznie przy leasingu powinienem doliczyć jeszcze koszty obowiązkowego ubezpieczenia. Biorąc jednak pod uwagę wartość sprzętu trudno mi wyobrazić sobie sytuację, w której pracujemy bez ubezpieczenia... Choć w tym kraju nic mnie już nie zdziwi.
Podsumowując. Wg mnie wygrywa leasing oferujący
  • przy podobnych kosztach miesięcznych mniej formalności,
  • realnie niższe koszty pod koniec okresu leasingowania (przy brak konieczności wykupu),
  • prosty mechanizm odświeżania bazy sprzętowej,


Końcowa decyzja oczywiście należy do zainteresowanego, jednak przed zakupem kolejnego sprzętu na raty radzę przemyśleć czy mało popularny w branży leasing nie jest korzystniejszy...

poniedziałek, 16 kwietnia 2012

Rozdzielczość matrycy a wielkość zdjęcia

Jaka rozdzielczość aparatu jest mi potrzebna?

W latach świetności fotografii analogowej sprawa była jasna - wielkość odbitki była zależna od zastosowanej błony fotograficznej, powiększalnika i papieru, na którym wywoływano zdjęcie (to i tak znaczne uproszczenie), no i oczywiście portfela wywołującego. Ograniczeniem fizycznym powiększenia odbitki była jakość zastosowanej błony światłoczułej (negatywu). Często mówiło się o "źarnistości" kliszy. Im lepszej jakości (często też im droższy) film do aparatu, tym większe zdjęcie można było wywołać bez utraty szczegółów. Najlepsi często korzystali z aparatów wielkoformatowych aby właśnie uzyskać maksymalną ilość szczegółów. Tym, którzy nie wierzą polecam obejrzenie sobie kiedyś zdjęcia 40x60cm wywołanego z dużego formatu i z błony małoobrazkowej pod lupą. Ilość szczegółów widoczna na tym pierwszym pozwoli zrozumieć o czym piszę.
Wraz z nadejściem fotografii cyfrowej pojawiły się mity i... niejakie problemy z rozumieniem terminów, które dawniej były raczej zastrzeżone dla branży drukarskiej. DPI, LPI, PPI, rozdzielczość matrycy, rozdzielczość wydruku, interpolacja rozdzielczości... Fakt, może się od tego zakręcić w głowie, jeżeli do tego dołożymy czułości ISO, szumy matrycy i bełkot marketingowy, często powielany przez sprzedawców bez zastanowienia to albo rozboli nas głowa albo zadamy sobie wreszcie pytanie: "Jaka rozdzielczość aparatu jest mi potrzebna?".

... profesjonalna lustrzanka cyfrowa o rozdzielczości 2,74 MPix - czyli krótki wykład historyczny

Ten podtytuł to nie żart, taką rozdzielczość posiadał Nikon D1 zaprezentowany w 1999 roku. Co ciekawe producent reklamował ten model jako sprzęt przeznaczony dla profesjonalnych fotografów... Swoją drogą miało to uzasadnienie - koszty materiałów światłoczułych były niemałe, a cyfryzacja nośnika w przypadku reporterki dawała spore oszczędności. W roku 2001 Nikon zaprezentował D1x z matrycą o rozdzielczości 6MPix. Pod względem ilości szczegółów i możliwości wydruku skok kolosalny. Gdy w 2004 roku zaprezentowano Canona EOS 1D mk II z matrycą 8MPix, a niespełna rok później Nikona D2x o rozdzielczości 12MPix wojna o prymat w rozdzielczości zdążyła rozkręcić się już na dobre. Marketing i reklama mówiła jednoznacznie - "jeżeli Twój stary aparat ma mniej pikseli jest zdecydowanie gorszy od nowej wersji". Wraz z przyrostem liczby fotodiód upychanych na tym samym kawałku krzemu zaczęły pojawiać się kolejne problemy - szum. O ile jeszcze w lustrzankach tragedii nie było, o tyle rozdzielczości na poziomie 6 - 8 MPix na matrycy wielkości paznokcia - a takie są stosowane w małych aparatach kompaktowych - powodowały, że zdjęcia mimo wyższej rozdzielczości nie koniecznie wyglądały lepiej. Gdy w 2006 roku matryce o rozdzielczości 8MPix zaczęły gościć w amatorskich lustrzankach, a w kompaktach standardem stawało się 6MPix pojawiło się nowe pole do popisu - po za rozdzielczością wyścig rozpoczął się na czułości. Dziś z uśmiechem wspominam czasy gdy rozdzielczość 8MPix i czułość na poziomie 1600 ISO w Canonie EOS 30D wzbudzała wypieki na policzkach kupujących, obecnie liczby te można spokojnie podwoić - Canon EOS 600D ma rozdzielczość na poziomie 18MPix, a osiągana przez ten korpus czułość sięga ISO 6400. I co ciekawe 600D dość często nazywa się sprzętem dla amatorów... Coś tu nie gra...

...wszystko ma swoje granice...

Kupując aparat najłatwiej porównać wartości liczbowe, takie jak:
  • rozdzielczość,
  • czułość ISO,
  • wielkość LCD,
  • ilość punktów AF,
Z tego powodu elementy te są znakomitym materiałem dla marketingowców - "Patrz nasz aparat ma więcej, więc jest lepszy - liczby nie kłamią." Oczywiście szybko okazało się, że wszystko ma swoje granice. Osiąganie przez kompakty rozdzielczości wyższych niż stosowane w aparatach lustrzanych dość szybko zaczęło być przez konsumentów zauważane i powodowało niewygodne dla producentów pytania. Podobnie stało się z czułością ISO i realnie wykorzystywanymi punktami AF. Przez krótki moment zaczęto się ścigać na długości ogniskowych w aparatach klasy Ultra Zoom, dziś wyścig ten przeniósł się na pole kompaktów - swoją drogą pytanie jak długo jeszcze potrwa - fizyki oszukać się nie da. Zdając sobie teraz sprawę z tego, że rozdzielczości są napędzone sztucznie czas zobaczyć ile tak naprawdę potrzebujemy.

Fotolab i aparat kontra marketing...

O ile z rozdzielczością już poniekąd zdążyliśmy się oswoić, bo przecież wiadomo, że mój laptop ma rozdzielczość 1280x800 px, a film FullHD jest wyświetlany z rozdzielczością 1920x1080 px. Wszystko gra do póty do póki próbujemy swoje zdjęcia przenieść na komputer lub wyświetlić na telewizorze, problemy zaczynają się przy wydruku. Niby tam podają rozdzielczość wydruku ale jakoś inaczej się to nazywa i jak u licha przeliczyć tą stałą rozdzielczość na różne formaty papieru?
Fakt rozdzielczość w drukarkach mierzy się w DPI, a nie w swojskich pikselach. Magiczne DPI to nic innego jak ilość kropek na cal (i to broń Boże nie kwadratowy). Jak drukarka ma rozdzielczość 4800x1200 DPI to oznacza że jest w stanie umieścić 4800 kropek na cal szerokości i 1200 kropek na cal długości. Czyli na calu kwadratowym papieru może wydrukować prawie 6 milionów kropek...
No pięknie, 5-cio megapikselowe zdjęcie wystarczy na cal kwadratowy papieru? Nooo... nie zupełnie, bo tu jest jeszcze jeden "myk" - te 4800 to tak naprawdę 1200, a 1200 to tak naprawdę jakieś 300. A realnie papier fotograficzny dostępny w sprzedaży maksymalnie przyjmie jakieś 360 000 kropel atramentu na cal kwadratowy (ma rozdzielczość 600DPI). Żeby było jeszcze weselej powiem, że przeciętny fotolab drukuje z rozdzielczością 90 000 punktów na cal kwadratowy (300DPI).
O.K. - wiemy już, że rozdzielczość wydruku jest "inna". Jak więc teraz wyliczyć jakie zdjęcie mogę wydrukować ze swojego aparatu?
Po pierwsze weź aparat i spisz wszystkie dostępne w nim rozdzielczości (powinny być opisane w menu lub instrukcji). Jak już to zrobisz to pomnóż je przez siebie i zapisz wyniki:

1600 x 1200 = 1 920 000 pikseli = 1,92 MPix.

Wiesz już jakimi rozdzielczościami dysponuje Twój aparat. Czas przekonać się jakie potrzebujesz do jakich wydruków. Dość pomocny może okazać się w tym program GIMP W menu OBRAZ wybierz pozycję ROZMIAR WYDRUKU, w polach rozdzielczość X i Y wpisz 300. Powyżej zostanie wyświetlony maksymalny rozmiar wydruku. Jeżeli możesz sterować rozdzielczością wydruku (np. po przez sterownik drukarki) możesz zmienić ustawienia w drugą stronę - wpisz jak duże zdjęcie chcesz wydrukować, a program wyliczy jaką rozdzielczość powinieneś/naś ustawić. Osobiście polecam pierwszą opcję.
Jakie są bezpieczne rozdzielczości wydruku? Cóż przy małych wydrukach (do 13x18 cm) spokojnie można ustawić nawet 200DPI, przy większych proponuję stosować jednak rozdzielczości 250 oraz 300 DPI. Możesz również zrobić wydruki próbne i zobaczysz, która rozdzielczość Ci bardziej odpowiada. Pamiętaj, że papier biurowy do ksero NIE nadaje się do wydruku zdjęć !!! Optymalne parametry wydruku uzyskuje się korzystając z drukarek z głowicami (tuszami) fotograficznymi lub na drukarkach termosublimacyjnych.
Poniżej tabelka z podpowiedziami.

Wielkość zdjęciaWydruk 300DPI
9x13 cm1,5MPix
10x15 cm2MPix
13x18 cm3,5MPix
15x21 cm4,5MPix
18x25 cm6,5MPix
21x30 cm8,5MPix
25x38 cm13MPix
30x40 cm16,5MPix
30x45 cm18,5MPix
40x60 cm33MPix
Czy to oznacza, że mając aparat o rozdzielczości np 18MPix nie mogę wydrukować dobrego zdjęcia 40x60cm? Wręcz, przeciwnie - możesz - tyle, że jego szczegółowość przy dokładnym obejrzeniu z bardzo bliska będzie gorsza niż ta uzyskana z aparatu średnioformatowego takiego jak np. Pentax 645D - choć gołym okiem raczej różnicę będzie trudno dostrzec :). Zasadniczo rozdzielczości podane powyżej możesz śmiało obniżyć o 40% i nadal uzyskiwany wydruk powinien być więcej niż zadowalający.

wtorek, 27 marca 2012

Rozliczanie PIT'u, e-Deklaracje, Ubuntu i... problemy

Rozliczanie PIT'ów pod Ubuntu

Jeszcze do niedawna rozliczenia PIT'u pod linuksem wiązało się jednoznacznie z instalacją oprogramowania pod Wine i znoszeniem jego dość niekiedy kapryśnego zachowania. Oczywiście nadal można tak zrobić - osobiście mogę polecić PITy2011NG - jednak w tym roku postanowiłem poszukać rozwiązania natywnego.

e-Deklaracje - program do rozliczania PIT'u pod linuksem

Po dość krótkich poszukiwaniach natknąłem się na oficjalne rozwiązanie oferowane przez Ministerstwo Finansów - program e-Deklaracje. Z punktu widzenia użytkownika linuksa program ma kilka wad:

  • pracuje w zamkniętym środowisku AdobeAir,
  • w związku z powyższym wymaga zainstalowania tegoż,
  • na starszym sprzęcie, w połączeniu z bardziej zasobożernym środowiskiem graficznym działa dość ociężale,
  • czasem ma problemy z czcionkami (różne fonty w dokumencie - u mnie wystąpiły 2 rodzaje),
  • problemy z wydrukiem wypełnionego PIT'u (ale o tym będzie trochę później),
Wydaje mi się, że wymieniłem najważniejsze "grzechy" rozwiązania było nie było rządowego ;). Do zalet można zaliczyć łatwość instalacji (po ściągnięciu instalatora należy nadać mu prawa do uruchomienia jako program - w Ubuntu, prawy przycisk myszy --> Właściwości --> zakładka "Uprawnienia" zaznaczmy "Wykonanie: zezwolenie na wykonanie pliku jako programu"). Jeżeli nie mamy zainstalowanego środowiska AdobeAir należy je zainstalować K L I K. Jak widać Adobe raczej nie będzie wspierało już rozwoju tego środowiska pod linuksa - dlatego uważam, że rozwijanie rządowego rozwiązania w ramach tego środowiska za błąd - cóż, na razie mamy możliwość ściągnięcia i instalacji, zobaczymy jak będzie w przyszłym roku...

Zakładając, że instalacja przebiegła pomyślnie oczywiście uruchamiamy nowy nabytek. Osoby przyzwyczajone do programów podpowiadających gdzie co wpisać, lub wskazujących np. maksymalną kwotę kosztów uzyskania przychodów raczej będą rozczarowane. W tym rozwiązaniu takich udogodnień nie znajdziemy. Swoją drogą przed rozpoczęciem wypełniania pierwszego PIT'u polecam zapoznać się z instrukcją. Mimo to samo wypełnianie formularzy jest stosunkowo proste i nie powinno przysporzyć nieprzewidzianych trudności - choć warto często klikać na zapisanie wypełnianego dokumentu do wersji roboczej - wejście w pomoc potrafi zamknąć wypełniany dokument... likwidując dotychczasową pracę. O ile to początek formularza to jeszcze pół biedy, mi trafiło się to pod sam koniec... cóż uczy się człowiek na błędach.

Wypełniłem e-Deklarację, wysłałem, otrzymałem UPO i...

chciałem wydrukować. Niestety moja drukarka (skądinąd wzorowo współpracująca np. z LibreOffice) z uporem maniaka "wyrzucała" z siebie czyste kartki. Cóż, mówi się trudno, wydrukuję do PDF'a. Jaaasne... Chciało by się... Na podglądzie wydruku wszystko pięknie wygląda, otwieram wygenerowany plik... chała - czysta, pusta, dziewicza kartka. Co jest?! Wielki Brat Google twardo podawał, że wydruk do PDF'a nie powinien sprawiać problemu, u mnie jednak sprawiał... hmmm... pół paczki papierosów później natknąłem się w Internecie na dość ciekawy opis: K L I K. Naprowadzony na właściwy trop wydrukowałem UPO "do pliku" jako dokument typu PostScript. Wyedytowałem w Gedit i... oczywiście namierzyłem "winowajcę". Z pliku PS należy usunąć fragment zaczynający się na: %ADOBeginClientInjection: DocumentSetup Start "No Re-Distill" i kończący się "%ADOEndClientInjection: DocumentSetup Start "No Re-Distill". Po tym zabiegu można wydrukować UPO z poziomu przeglądarki dokumentów do pliku PDF jak i na zwykłej drukarce.

Po raz kolejny okazało się, że można choć nie bez problemów. Mam nadzieję, że ktoś dzięki tej podpowiedzi wypali trochę mniej papierosów ;). Jeżeli znacie inne oprogramowanie pozwalające na rozliczenie PIT'ów pod linuksem dajecie znać, taka wiedza zawsze może się przydać.

piątek, 16 marca 2012

Linux i program magazynowo-księgowy, a jednak się da...

...a jednak się da.

W poprzednim wpisie wspomniałem o problemach z programem magazynowo-księgowym pod linuksem. Cóż, czytanie dokumentacji ze zrozumieniem zazwyczaj pomaga, pomogło i tym razem. Aby programy firmy Lefthand działały musiałem doinstalować brakującą bibliotekę libc5 oraz pakiet xinid. Oczywiście nie byłbym sobą gdybym nie wypróbował kilku innych programów zamiast siąść na pewnej części ciała i przejrzeć dokumentację. W efekcie na dysku wylądowały dwa programy w wersjach testowych uruchamiane po przez Wine:

  • Fakturant - firmy Sokaris LINK
  • Ewa - firmy StreamSoft LINK
Obydwa programy zainstalowały się prawidłowo, odpaliły i pozwoliły na pracę, choć Ewa pod Wine miała niekiedy tendencję do otwierania okien w trybie zminimalizowanym - co jest dość irytujące. W przypadku Fakturanta nie zauważyłem większych problemów, choć trzeba przyznać, że sam program pod Wine uruchamia się w bardzo małych oknach i utrudnia to niekiedy pracę, jednak nie jest tak kłopotliwe jak kapryśność Ewy (cóż, podobno kobiety mają prawo do własnych kaprysów ;) ).

Nie chciałbym aby powyższe traktować jako reklamę. Ot, sam naszukałem się sporo, może komuś się przyda - w szczególności, że Fakturant jest dostępny za dość niewielkie pieniądze, a oferuje podstawowe funkcjonalności poszukiwane przez małe sklepy czy firmy. Zaznaczam, że nie sprawdzałem współpracy w/w programów z drukarką fiskalną czy kasą, bo na razie nie posiadamy w firmie żony takiego urządzenia.

...mimo wszystko Lefthand?

W obydwu wymienionych wcześniej programach miałem niejakie problemy ze stabilnością pracy silnika graficznego i bazy danych. Testowałem je wprowadzając około 50 produktów i 20 usług. Są to liczby stosunkowo malutkie w stosunku do realnych warunków pracy większości małych sklepów, pozwalają jednak stwierdzić na ile dany produkt jest wygodny w użytkowaniu.

Pod względem wprowadzanie produktów, zarządzanie magazynem, czy polityką cenową wygrywa produkt StreamSoft. Gdyby nie kapryśność to powiedziałbym, że jest wygodniejszy. Zbyt często jednak miałem problemy z "niewidocznymi", nowymi okienkami aby takie stwierdzenie było prawdziwe. W efekcie więcej czasu spędziłem na szukaniu gdzie schowało się okno niż na wprowadzaniu nowych produktów. Być może jest to kwestia dostosowania Wine'a - tego nie sprawdzałem.

Fakturant zdecydowanie mniej kaprysił jeżeli chodzi o grafikę ale wprowadzenie 50 produktów w małych oknach też do najprzyjemniejszych nie należało. Zaletą programu jest prosta konfiguracja - choć prostotę przypłacamy ograniczoną funkcjonalnością. Z punktu widzenia gospodarki magazynowej brak jest dość podstawowej możliwości ustawienia zaokrąglania cen do pełnych wartości (gr lub zł). W dłuższej pracy nie wyobrażam sobie braku tej funkcji - przy zmianie poziomu marży ręczna poprawa cen dla np. 300 produktów potrafi być mordęgą. Warto też wspomnieć, że program ten nie obsługuje zasad FIFO/LIFO.

Obydwa programy nie obsługują również faktur kosztowych, co powoduje, że wyliczanie realnej dochodowości naszego sklepu musimy już robić np. w Calc'u. Czy w takim razie warto się nimi zainteresować? Cóż, na 100% powinny sprawdzić się w sklepach z małą ilością asortymentu lub punktach usługowych. Mogą być również przydatne przy prowadzeniu małych sklepów internetowych do typowej kontroli stanów magazynowych - przy większej ilości kartotek po prostu będą męczące. Wygląda więc, na to, że użytkownikom linuksa potrzebującym czegoś bardziej komplementarnego zostaje mimo wszystko tylko Lefthand. Po swoich "bojach" z instalacją podzielę się poniżej doświadczeniami - może się komuś to przyda.

Instalacja Lefthand = "...dokumentacja Watsonie, dokumentacja..."

Brak przeczytania całości dokumentacji związanej z instalacją (w tym FAQ) w przypadku programów Lefthand i ich uruchamiania na Ubuntu może spowodować, że te wartościowe skądinąd programy pójdą w kąt, a w ich miejsce zostanie zakupiony stary komputer z WinXP, a w tym środowisku na brak wyboru programów nie można narzekać (choć przed takim rozwiązaniem osobiście ostrzegam - brak wsparcia odbija się na tym systemie co raz większą czkawką).

Ok, wracając do meritum - przed instalacją oprogramowania zapoznaj się z dokumentacją udostępnioną na stronie producenta. Przejrzyj FAQ i zanotuj wszystkie wymienione w tych dokumentach biblioteki. Z własnego doświadczenia mogę napisać, że do prawidłowej pracy bazy Firebird potrzebujesz:

  • biblioteki libc6 - sudo apt-get install libc6
  • pakietu xinetd - sudo apt-get install xinetd
  • warto też odblokować hasło roota: $sudo passwd root (PAMIĘTAJ konto ROOT nie służy do zwykłej pracy i należy je stosować z wyjątkową ostrożnością).
W moim przypadku brak instalacji biblioteki objawiał się nie możliwością uruchomienia bazy Firebird (wyszło to po odpaleniu bazy w konsoli). Niestety informacji o tym nie ma w dokumentacji. Pakiet xinetd jest w dokumentacji wspominany, a w "czystym" Ubuntu również go nie ma. Po takich przygotowaniach nie powinno być już problemów z uruchomieniem programu. Gdyby okazało się jednak, że "odpala" on w dziwnej rozdzielczości to trzeba wejść w ustawienia globalne i zmienić domyślny wygląd - u mnie pomogło.

Jeżeli chodzi o pracę z programem polecam zapoznanie się z instrukcją oraz filami instruktażowymi umieszczonymi przez producenta - naprawdę przydatne. Oczywiście pojawia się pytanie, którą wersję wybrać - to już zależy od potrzeb. Sprzedaż i magazyn powinny zaspokoić oczekiwania wszystkich tych, którzy cedują księgowość na firmy zewnętrzne, choć można również pracować w wersji Mała Księgowość - pozwala to na kontrolę dochodowości całego przedsięwzięcia. Wybór oczywiście należy do kupującego... Na koniec wspomnę o jeszcze jednym programie: Księga Przychodów i Rozchodów Cafe. Podobnie jak produkty Lefthana działa natywnie pod linuksem. Program oparty jest na Javie (stąd przenośność kodu). W moim przypadku ten produkt działał baaardzo ociężale, stąd długo na dysku nie gościł - być może na mocniejszym sprzęcie działał by płynniej, nie mam możliwości sprawdzenia, więc testy pozostawiam zainteresowanym.

sobota, 10 marca 2012

Windows, Ubuntu i zwyczajne życie...

"... jestem zwolennikiem OpenSource..."

To, że jestem zwolennikiem OpenSource (nie mylić z freeware) wraz z dobrodziejstwem inwentarze wynika z moich poprzednich postów. W zeszłym roku "odziedziczyłem" laptopa - pod względem specyfikacji typowy średniak. Tekst napisać, pocztę odebrać, film obejrzeć, czy w końcu pograć w starsze gry, takie rzeczy robić na nim można bez większych problemów. Do moich potrzeb maszyna idealna - tym bardziej, że i Ubuntu "stawia" się na nim w tempie iście błyskawicznym, bez problemów ze sterownikami. Początkowe tygodnie pracy na "nowym" nabytku upływały w idealnej harmonii i zgodzie. Ubuntu pracowało wzorowo (czyt. szybko i bez niespodzianek).

"...potrzebowałem znaleźć i zainstalować jakiś sensowny program magazynowo-księgowy..."

Nadszedł jednak czas gdy potrzebowałem znaleźć i zainstalować jakiś sensowny program magazynowo-księgowy. Oczywiście został ściągnięty flagowy Lefthand w wersji demonstracyjnej i zainstalowany zgodnie z instrukcją... i pierwszy "zgrzyt" nastąpił. Konfiguracja wyświetlania tegoż produktu pod moim Ubuntu była niemożliwa. Być może czegoś nie doczytałem, może też coś nie tak zrobiłem ale program uparcie uruchamiał się w rozdzielczości takiej jakbym dysponował wyświetlaczem 1920x1080 lub nawet większym. Zmiana ustawień w praktyce była niemożliwa do przeprowadzenia :/... Cóż, skoro zaczęły się takie "schody", to nie pozostało nic innego jak szukać czegoś pod Wingrozę i próbować uruchomić to pod Wine. Nawet znalazłem 2 programy, które po instalacji łaskawie się uruchomiły, jeden nawet pozwolił na pracę... tyle tylko, że w najmniej spodziewanych momentach program potrafił się zawieść radośnie i z przytupem. Przy zabawie może to i radosne, przy pracy - niekoniecznie. Jako, że "ciśnienia" na w/w program wielkiego nie było, to i cierpliwe wstrzymałem się z jakimiś ekstremalnymi działaniami. Jednak gdzieś tam coś już zaczęło uwierać - jestem typem, który nie lubi jak na swoim komputerze nie może zainstalować oprogramowania, które jest mu potrzebne...

"... a ja dzisiaj nie grałam..."

Nadeszły ferie świąteczne. Latorośli komputer posłuszeństwa odmówił już wcześniej, a gdy miała wolny czas to chciała pograć. Ot, jakoś się tam z babcią dogadywały i babciny komputer był eksploatowany wspólnie, jednak co raz częściej słyszałem magiczne: "Teraz babcia korzysta, a ja dzisiaj nie grałam..." Cóż było robić? Zacząłem próbować instalacji pod Wine gier. Niby jest z tym lepiej niż jeszcze parę lat temu ale do doskonałości jeszcze brakuje. Połączenie laptopa z grafiką zintegrowaną, Wine i wymagań co do uruchamianych gier spowodowało, że wzrok mój coraz częściej padał na płytkę z WindowsXP.

"Stało się - zainstalowałem WindowsXP..."

Stało się - zainstalowałem WindowsXP. Oczywiście, jako przeciwnik piractwa, skorzystałem z wersji OEM dostarczanej wraz z laptopem. Bez "schodów" się nie obeszło. Produkt MS wymagał przestawienia trybu pracy dysku twardego na PIO, gdyż w trybie SATA łaskawie go nie wykrywał. Pogodzony z tą niedogodnością zainstalowałem rzeczony system, zainstalowałem wszelkie poprawki i uaktualnienia, wgrałem AVG Home Edition, na wszelki wypadek uaktualniłem Internet Explorer'a do wersji 8 - o IE9 i wyższych, posiadacze XP mogą zapomnieć, tym samym korzystający z "firmowej" przeglądarki o CSS 3 raczej mogą pomarzyć. Sam, z maniackim uporem, korzystam ostatnimi czasy z Chrome. Jako ciekawostkę mogę napisać, że od uruchomienia procesu instalacji do uzyskania systemu z wszelkimi niezbędnymi poprawkami, kodekami, programami do rozpakowywania i pakowania danych - czyli wszystkim tym, z czego normalny użyszkodnik komputera w dzisiejszych czasach korzysta - upłynęło, bagatela, 8 godzin. Linuksa przy pomocy skryptów dostarczanych przez społeczność instaluję i uruchamiam w podobnym stanie w przeciągu maksymalnie 2 godzin. Cóż, można uczciwie powiedzieć, że XP jest systemem leciwym i ma prawo do braków, jednak w takiej sytuacji nasuwa się pytanie "Skąd taka popularność tego systemu w dzisiejszych czasach?". Czyżby cena? A może jednak zasobożerność nowych "Okienek"?

"...90% programów dla mikrofirm nie posiada modułu magazynowego..."

Po instalacji produktu Microsoftu dziecko mogło wreszcie bez większych "zgrzytów" grać w swoje gry, ja mogłem testować do woli programy magazynowo-księgowe. Swoją drogą, w tej drugiej kwestii stwierdziłem dość ciekawą regułę: 90% programów dla mikrofirm nie posiada modułu magazynowego, a te które takowy mają są już rozbudowane do granic absurdu i kosztują równowartość 3 tygodniowych przychodów takiego mikroprzedsiębiorstwa. Znalazłem zasadniczo 1 program, który mogę polecić, choć do doskonałości nadal wiele mu brakuje - Sage Symfonie Start Handel. Choć i tu wiele można nieciekawych rzeczy napisać nt. licencji tegoż produktu.

"... stan sprawnej współpracy z WindowsemXP potrwał... 3 miesiące."

Błogi stan sprawnej współpracy z WindowsXP potrwał... 3 miesiące. System teoretycznie zabezpieczony, stosunkowo zadbany i mało obciążony różnymi dodatkami w ostatnich tygodniach zaczął gwałtownie zwalniać. Obecnie czas startu systemu to blisko 5 min, po uruchomieniu się Exploratora Windows kolejne 3 min trwa swoiste "zamrożenie", w trakcie, którego nie jestem w stanie odpalić w sposób płynny nawet przeglądarki internetowej, a odpalenie programu pocztowego trwa blisko 3 min. Skanowanie programem antywirusowym odchyleń od normy nie wykazuje. Oczyszczenie rejestru wiele nie przyniosło. Obecnie nie jestem w stanie nawet filmu na YouTube obejrzeć płynnie, bo dźwięk, który się wydobywa z głośników powoduje, że mam ochotę zgrzytać zębami. Reinstalować Windowsa na 3 miesiące, uczciwie mówiąc, mi się nie chce... powrót do Ubuntu powoduje pewne problemy - choć może zacisnę zęby i spróbuję jednak zmusić Lefthand do poprawnej pracy. Co do gier to chyba najrozsądniejszym będzie zakup dla dziecka konsoli... Kosztowne ale w gruncie rzeczy bardziej dalekowzroczne - obecne konsole pozwolą na bezstresowe granie, a komputer pozostanie do tego do czego został stworzony - do pracy.

"Jeżeli potrzebujesz systemu do pracy [...] kup dziecku konsolę."

Irytuje mnie tylko jedno - pod Ubuntu programu magazynowo-księgowego znaleźć nie umiem (w przypadku Lefthand nie potrafię skonfigurować), a użytkowanie Windowsa zmusza do zakupu najnowszej wersji Okienek, które nie dość, że na moim laptopie będą działały "skokowo", to jeszcze dodają dodatkowe koszta. Oczywiście mogę spróbować drogi najprostszej: kupić nowego laptopa z Windows 7 i cieszyć się "super" wydajnością. Tyle tylko, że będzie to koszt dość znaczny, a za 1500 - 2000 zł to chyba mógłbym wysłać swój obecny sprzęt do serwisu Lefthand z prośbą o instalację i konfigurację, a jeszcze by mi na w/w konsolę zostało. Wniosek jaki mi się po ostatnich przygodach nasuwa jest 1: Jeżeli potrzebujesz systemu do pracy - zainstaluj linuxa, zapłać za konfigurację oprogramowania, które potrzebujesz, a z tego co zostanie kup dziecku konsolę...

czwartek, 20 października 2011

Widmo socjalizmu?

Czytam artykuły dotyczące protestów tzw. "Ruchu oburzonych" (np. tutaj) i przecieram ze zdumienia oczy. Czy tak szybko cały Świat zapomniał czym kończy się odgórne rozdawanie dóbr? Co niektórym polecam lekturę historii polityki z okolic początku XX w. i zwrócenia szczególnej uwagi na niejakiego Włodzimierza Ilicza. Co ciekawe jego założenia były powiedziałbym szczytne i mogły by się podobać z jednym małym ale - jak każda utopia były nierealne.

Dlaczego?

Osobiście uważam, że człowiek jest z natury egocentryczny, stąd ludzka zdolność do dzielenia się własnymi zasobami jest delikatnie mówiąc ograniczona. W efekcie jeżeli znajdzie się jakaś władza, która odgórnie zabierze jednym by dać drugim doprowadzi to do sytuacji gdy z jednej strony system będzie podatny na korupcję i etatyzm (ktoś w końcu będzie musiał zajmować się rozdzielaniem odebranych dóbr), z drugiej strony zacznie narastać niezadowolenie wśród tych, którym odebrano dobra i oni będą dążyli do kolejnej rewolucji.

Warto też zwrócić uwagę na jeszcze jeden aspekt społeczny. Nadmierna opieka nad jednostką prowadzi do degeneracji jej (czyt. jednostki) ambicji i pomysłowości. Po cóż bowiem się wysilać i kombinować, jak więcej zarobić, skoro potrzeby może zaspokoić opieka państwa?

Obecny system jest zły ale nie jest zły kapitalizm. Dlaczego rozróżniam te dwa elementy?

Sądzę, że dzisiejszy rynek światowy nie jest rynkiem kapitalistycznym. Nadmierna kontrola centralna i system monetarny oparty na pieniądzu drukowanym doprowadziły do:
  • przerostu administracji (olbrzymia podatność systemu na korupcję i etatyzm),
  • nadmiernej opieki socjalnej (w dłuższym okresie czasu doprowadziło to do kolejnego miejsca gdzie w systemie jest miejsce na etatyzm i korupcję, a ponad to prowadzi to do nadmiernych obciążeń podatkowych),
  • nadmiernych regulacji, a tym samym rozchwiania światowego systemu gospodarczego, który nie jest w stanie samoczynnie dojść do stanu równowagi,
  • rozdmuchania zjawiska inflacji i możliwości kreowania pustego pieniądza przez instytucje finansowe (przykładem takiej kreacji jest tworzenie przez banki produktów strukturyzowanych, których działanie przypomina raczej ruletkę, a nie produkt oferowany przez bank),
Oczywiście każdy z w/w punktów można by znacznie bardzie rozwinąć - ja wskazałem tylko najważniejsze problemy. Czy system kapitalistyczny może działać prawidłowo? Tak o ile:
  • system monetarny powróci do oparcia o parytet złota i srebra (zapewni to stosunkowo stałą wartość pieniądza w czasie, bez podatności na dewaluację związaną z nadmierną ilością pieniądza w obiegu światowym - zasoby obydwu kruszców są ograniczone),
  • państwo ograniczy swoją rolę w gospodarce do niezbędnego minimum:
    • ochrony przed najeźdźcą zewnętrznym - armia, roli porządkowej - policja,
    • ograniczony zostanie dostęp do bezpłatnej nauki - szkolnictwo na poziomie podstawowym,
    • działań infrastrukturalnych - budowa dróg krajowych i utrzymywanie szlaków wodnych na poziomie kontrolowanym,
    • ograniczone zostanie zaangażowanie państwa w ustawodawstwo gospodarcze - ustawy mogą dotyczyć wysokości podatków i ceł, nie powinny dotyczyć zakazów obrotu i dopuszczeń do obrotu towarem,
    • państwo powinno trzymać się z daleka od opieki socjalnej i zdrowotnej oraz systemów emerytalnych z zachowaniem obecnych zobowiązań do czasu ich wygaśnięcia,
  • po wprowadzeniu w/w ograniczeń podatki powinny zostać nałożone na zasoby, a nie na dochody,

W ostatnim punkcie chodzi o to aby podatek nie był zależny od wysokości dochodu, gdyż w dłuższym okresie czasu prowadzi to do wypaczenia systemu, gdyż jednostki bardziej produktywne i pomysłowe są karane za to, że produkując więcej tworzą wyższe PKB.

Nałożenie podatków na zasoby w przeciwieństwie do w/w przykładu działa pro rozwojowo, bo zmusza społeczeństwo do wykorzystania posiadanych zasobów. Zasobem są ręce, nogi, głowa (czyli ogólnie mówiąc nasza osoba - pozwala na pracę i uzyskanie zysku). Zasobem jest mieszkanie (możemy podnająć pokój i zarabiać na wynajmie - zwróćmy uwagę, że w takim układzie zakup kolejnego mieszkania w celach spekulacji ceną było by nie opłacalne). Zasobem oczywiście jest ziemia, samochód, rower, krowa itp.

Oznacza to wprowadzenie podatków takich jak: podatku pogłównego i katastralnego (zamiast podatków dochodowych). W dłuższym czasie doprowadziło by to do wprowadzenia do obiegu większej ilości środków produkcji i generacji zysku (posiadanie i nie wykorzystywanie ich prowadziło by do pojawienia się kosztów). Tego typu podatki zmusiły by też społeczeństwo do generowania dochodów z posiadanych środków produkcji.
Masz łąkę? To albo wynajmiesz ją sąsiadowi, letnikom, zaczniesz produkować siano i zaczniesz z niej czerpać dochód, który pozwoli Ci na opłacenie podatku albo jej utrzymanie będzie kosztować.

Jak widać pod względem podatkowym popieram stanowisko Nowej Prawicy i JK Mikke.
Być może w najbliższych wpisach postaram się przybliżyć pewne aspekty swojego poglądu. Na razie postaram się pokazać to na przykładzie:

Zakładając działalność gospodarczą zmuszeni jesteśmy do:

opłacenia składek ZUS w wysokości blisko 950zł (przez pierwsze dwa lata 450),
opłacenia VATu w wysokości 23% ceny sprzedawanej usługi lub produktu,
od tego co nam zostanie mamy do opłacenia podatek dochodowy w wysokości co najmniej 19% od uzyskanego dochodu,

Zakładając, że prowadzimy mały punkt usługowy i nasze obroty osiągnęły 3000zł to realnie w kieszeni zostanie nam:

3000/1.23 = 2439 (podatek VAT - konieczność jego odprowadzenia powstaje w momencie wprowadzenia usługi lub towaru do obrotu),
2439 - 950zł = 1489 (składki ZUS)

Od w/w kwoty, która nam została odliczmy koszty prądu, wynajmu lokalu, reklamy i ewe. księgowego/księgowej

1489 - 400 = 1089

1089/1.19 = 915

Oczywiście możemy nie liczyć kosztów - zostanie wówczas około 1200 zł. Tyle zarobimy jako sprzedawca w dowolnym sklepie...

Resztę - czyt. odpowiedź dlaczego w Polsce panuje bezrobocie i system kapitalistyczny się nie sprawdza - dodajcie sobie drodzy Czytelnicy sami.

sobota, 25 czerwca 2011

Obiektywy 18-200mm, 18-270mm: samo zło czy praktyczne rozwiązanie?

Na większości for internetowych związanych z tematyką szeroko pojętej fotografii znajdziemy setki wpisów udowadniających wyższość obiektywów stałoogniskowych lub o niewielkim powiększeniu nad tzw. "spacerzoomami" (czyt. obiektywy o bardzo szerokim zakresie ogniskowej). Oczywiście pod wzgledem światłosiły czy też jakości uzyskiwanego obrazu takie wpisy są jak najbardziej poprawne. Jednak w codziennej fotografii spacerowej większość amatorów będzie miała poważny problem z wymianą obiektywów.

Dlaczego?

Cóż, odpowiedzi jest co najmniej kilka. Zaczynając od tak prozaicznej jak czas niezbędny do zmiany obiektywu po ciężar i gabaryt torby z osprzętem. Oczywiście nie są to jedyne odpowiedzi, a i tak znajdzie się wielu purystów, którzy stwierdzą, że lepiej nie zrobić żadnego zdjęcia niż wykonać złe ujęcie, jednak to nie do nich adresowana jest ta grupa optyki fotograficznej.

W swojej praktyce spotkałem się już z pytaniami typu: "Wyjeżdżam na wczasy do Egiptu/Tajlandii (zresztą tu wstawcie sobie dowolny kraj i miejsce). Jaki obiektyw Pan proponuje?" Wielu doświadczonych fotografów odpowie jednym tchem: "szerokokątny zoom, jasną 50-tkę, 100-tkę makro, i telezoom ze stałym światłem 2.8".

Tiaaa, jasne.

Pierwszy problem: waga
Wyjazdy do egzotycznych krajów mają to do siebie, że z nad Wisły i Odry udajemy się tam najczęściej samolotem, a przy takiej podróży każdy kilogram bagażu powinien być dokładnie rozważony - tym bardziej jeżeli na wymarzone wakacje jedziemy z rodziną. Po za tym kto będzie to wszystko nosił? Z własnego doświadczenia mogę powiedzieć, że rodzinne spacery z torbą fotograficzną na ramieniu to... nienajlepszy pomysł. Znacie to: "Kochanie, weź torbę z wodą i kurtkę małej, bo się chmurzy...". Warto też pamiętać o tym, że każdy kilogram sprzętu robi się cięższy z każdym przebytym kilometrem.

Problem numer dwa: wymiana obiektywów
Jeżeli ktoś z Was choć raz był na nadbałtyckiej plaży to wie, że dni bezwietrzne należą na niej do rzadkości. Podpowiem, że taki wiatr dość łatwo unosi drobiny piasku, którego baaardzo nie lubią matryce lustrzanek. Wyobraźcie też sobie sytuację gdy macie wymienić obiektyw przy dużym tłumie na koncercie. Warto też pamiętać, że fotografia to najczęściej zatrzymywanie chwili, a ta nie trwa wiecznie. Jeżeli fotografujecie dzieci to wiecie o co chodzi. Ponad to idąc na spacer nie sposób przewidzieć jakich ogniskowych będziemy dzisiaj potrzebować. Może słońce ładnie oświetli twarz kogoś z najbliższych? (przydałaby się portretówka) Może będziemy fotografować wywiórkę w parku? (fajnie byłoby mieć tele) Być może zaś trafi nam się przepiękny zachód słońca? (szeroki kąt jest suuuuper)

Trzeci problem: cena
Jak mówiło hasło w jednym filmie: "Pieniądze w życiu to nie wszystko ale wszystko bez pieniędzy to..." Aby unaocznić to o czym w tej chwili piszę przedstawię małą symulację kosztów:
Obiektyw Tamron: 17-50mm f/2.8 XR Di II LD 1150zł
Obiektyw Tamron: 90mm f/2.8 Di Macro 1599zł (opcjonalnie)
Obiektyw Tamron: 70-200mm f/2.8mm Di LD IF Macro 2599zł
Razem: 3749zł (5348zł)

Obiektyw Tamron: 18-270mm f/3.5-6.3 Di II VC PZD 2239zł

Jak widać róznica w cenie to co najmniej 1500zł. Różnica ta mogła by być jeszcze większa, jednak do porównania wybrałem obiektyw z szybszym, ultradźwiękowym silnikiem AF. Podpowiem, że 1500zł to cena korpusu amatorskiej lustrzanki dla początkującego (Nikon D3100, Canon EOS 1100D, Pentax K-r, Sony A290 lub SLT-A33) lub mocnej lampy do dowolnego systemu (Nikon SB900, Canon 480EX Mk II, Nissin Di866 II). To drugie rozwiązanie może zrównoważyć wady obiektywu.

Czy zdjęcia z obiektwu 18-270mm bedą dużo gorsze? Cóż... to kwestia gustu i wymagań, jednak ja uważam, że do celów amatorskich obiektyw ten zaoferuje co najmniej dobre jakościowo zdjęcia.

Zdjęcia przykładowe możecie znaleźć na:www.ephotozine.com Jest tam krótki test wspomnianego obiektywu.

Oczywiście po dokładniejszym obejrzeniu ujęć nie sposób nie zobaczyć wad. Zdecydowanie widać aberrację i dystorsję. Należy jednak zauważyć, że jest ona widzoczna dopiero przy dużym zbliżeniu. Konstrukcja ujęć celowo uwypukla te problemy. Przy normalnym użytkowaniu i klasycznym przeglądaniu zdjęć wady te zdecydowanie nie powinny przeszkadzać, a zalety spacerzoomu z nawiązką je wynagrodzą.

Oczywiście na rynku po za ofertą Tamrona znajdziemy jeszcze szereg konstrukcji o podobnych parametrach:

Canon: EF-S 18-200mm f/3.5-5.6 IS
Nikon: Nikkor 18-200mm f/3.5-5.6 VR
Sigma: 18-250mm f/3.5-5.6 DC HSM OS
Tamron: 18-270mm f/3.5-6.3 Di II VC PZD